All you need is kill to cie­ka­wa adap­ta­cja light novel uty­tu­ło­wa­ne­go Hiro­shie­go Saku­ra­za­ki. Cie­ka­we posta­cie, wspa­nia­le nary­so­wa­ne przez Take­shie­go Oba­tę sce­ny wal­ki, lecz nie­do­syt, że cała histo­ria musia­ła zmie­ścić się tyl­ko w dwóch tomach.

Bohaterowie

Keiji Kiriya to jeden z rekru­tów woj­ny przy­szło­ści, zupeł­nie sze­re­go­wym i nie­ko­niecz­nie dobrym żoł­nie­rzem. Woj­ny z nie­zna­ną i śmier­cio­no­śną rasą mimi­ków, któ­re naje­cha­ły Zie­mię. Jego naj­więk­szym atu­tem w woj­sku jest to, że jesz­cze jest żywy, więc też przy­dat­ny. Wal­ka z mimi­ka­mi wręcz nie mia­ła­by sen­su, dla­te­go wszel­kie tre­nin­gi i póź­niej wal­ki odby­wa­ją się w Auto­ma­tycz­nych Kom­bi­ne­zo­nach Bojo­wych. Ludzie przy­po­mi­na­ją robo­ty, jed­nak nie są zbyt szyb­cy i cięż­ko uciec im przed mor­der­czy­mi wrze­cio­na­mi wro­ga. Keijie­go pozna­je­my w przed­dzień jego pierw­szej bitwy. Jest zestre­so­wa­ny, boi się, że jesz­cze nie jest na tyle przy­go­to­wa­ny, by sto­czyć zwy­cię­ską wal­kę. Wła­ści­wie jest przy­go­to­wa­ny, by jak naj­szyb­ciej zde­zer­te­ro­wać. Jesz­cze nawet nie podej­rze­wa, że będzie tą samą wal­kę wie­le razy prze­gry­wał.

Dru­gim boha­te­rem, a wła­ści­wie boha­ter­ką, jest Rita Vrat­sa­ki, zwa­na piesz­czo­tli­wie „sta­lo­wą suką”. Zna­na jest ze swo­jej siły, bez­względ­no­ści i sku­tecz­no­ści na polu wal­ki. Nale­ży do eli­tar­ne­go oddzia­ły spe­cjal­ne­go sił USA. Jak się oka­zu­je jest to nie­po­zor­na mło­da dziew­czy­na. Skąd więc u niej ta siła i tech­ni­ka wal­ki prze­wyż­sza­ją­ca więk­szość męż­czyzn? Z tego same­go źró­dła co u Keijie­go – z moż­li­wo­ści prze­ży­wa­nia wszyst­kich nie­po­wo­dzeń jesz­cze raz, aż do zmia­ny zda­rze­nia na wygra­ną.

Fabuła

Zasta­na­wia­li­ście się jak to jest żyć codzien­nie tym samym życiem, a dokład­niej tym samym dniem? Budzisz się rano, ta sama luro­wa­ta kawa, te same roz­mo­wy, żar­ci­ki w pra­cy, pla­ma na koszu­li od prze­la­tu­ją­ce­go gołę­bia… Pierw­sze co robisz to uni­kasz pta­sie­go guana. Póź­niej zmie­niasz coś jesz­cze i jesz­cze, aż zmie­nisz na tyle, że możesz prze­zy­wać kolej­ny dzień… kolej­ny dzień od nowa. I od nowa. I od nowa! To wła­śnie tak mniej wię­cej wyglą­da woj­sko­we życie Keijie­go.

Bitwę, któ­rą sta­cza, będzie tak dłu­go dopra­co­wy­wał, aż w koń­cu ją wygra. Codzien­nie te same potwo­ry, któ­re jed­nak tak­że uczą się tego, co prze­żył Keiji. Ale on sam jest już bogat­szy o wie­dzę i doświad­cze­nie, niczym nie przy­po­mi­na nie­opie­rzo­ne­go żół­to­dzio­ba z pierw­szej bitwy. By zapa­mię­tać któ­rą pętlę już odbył na wierz­chu dło­ni rysu­je licz­bę, niczym log w kom­pu­te­rze. Mając tą pozor­ną nie­śmier­tel­ność może eks­pe­ry­men­to­wać z tech­ni­ka­mi i stra­te­gią wal­ki czy nawet uzbro­je­niem. Jako jeden z nie­licz­nych nosi nie tyl­ko broń pal­ną, ale tak­że ogrom­ny topór, któ­ry niczym bagne­ty na kol­bach kara­bi­nów mógł poko­ny­wać wro­ga w momen­cie, kie­dy naboi zabra­kło albo spust się zaciął. Jako jedy­ny, jak myśli, może tre­no­wać wiecz­nie, by w koń­cu wygrać bitwę. Jako jedy­ny? Nie­ko­niecz­nie. Oka­zu­je się bowiem, że ma sprzy­mie­rzeń­ca. A we dwój­kę o wie­le łatwiej wygrać nie tyl­ko bitwę, ale całą woj­nę i ura­to­wać świat. A jeśli dodam, że sprzy­mie­rzeń­cem jest pięk­na kobie­ta, to jest już tyl­ko lepiej.

Kreska

Rysun­ki Oba­ty to coś, co chce się oglą­dać. Dokład­ne, choć nie prze­sad­nie deta­licz­ne jak w Olim­pos czy nawet Bla­me, z pięk­ny­mi sce­na­mi bitew­ny­mi, któ­rych szcze­gól­nie w dru­gim tomie jest spo­ro. Same posta­ci też są cie­ka­we, a nawet dru­go­pla­no­we róż­nią się wie­lo­ma deta­la­mi jak fry­zu­ry czy musku­la­tu­ra. Cza­sem może prze­szka­dzać tro­chę sło­dziut­kie uka­za­nie posta­ci Rity, ale ten kon­trast bru­tal­nej woj­ny i śmier­ci z jej słod­ką buzią napraw­dę tu pasu­je. Nie­mniej rysun­ki bar­dziej sku­pia­ją się nie na szcze­gó­łach uzbro­je­nia, ale mimi­ce boha­te­rów, jesz­cze bar­dziej doda­jąc emo­cji.

Ciekawostka

Każ­dy jeden roz­dział man­gi jest zakoń­czo­ny cyta­tem z pier­wo­wzo­ru, czy­li książ­ki Na skra­ju jutra/All you need is kill Hiro­shi Saku­ra­za­ki. Ogól­nie oby­dwa tomy dość wier­nie bazu­ją na tłu­ma­cze­niu tej nowel­ki, poza jed­nym małym szcze­gó­łem: tu mamy wro­gie mimi­ki, a w nowel­ce były mimy.

Podsumowanie

Do tan­ga naj­czę­ściej trze­ba dwoj­ga, nic dziw­ne­go więc, że w man­gach czę­sto zda­rza­ją się tan­de­my sce­na­rzy­sty z rysow­ni­kiem. Jed­nak kie­dy nary­so­wa­nia man­gi na pod­sta­wie sce­na­riu­sza bazu­ją­ce­go na zaska­ku­ją­cej light novel autor­stwa Hiro­shie­go Saku­ra­za­ki zosta­je powie­rzo­ne niko­mu inne­mu jak Take­shi Oba­cie, auto­ro­wi fan­ta­stycz­ne­go Baku­ma­na i jesz­cze lep­sze­go Death Note, to wynik musi być jeden: suk­ces. Czy na mia­rę Death Note? Nie­ko­niecz­nie, ale i tak war­to prze­czy­tać te dwa tomy. Nie­do­syt jest tyl­ko wte­dy, kie­dy oka­zu­je się, że to tyl­ko dwa tomy.

Na szybko
  • 8/10
    Fabu­ła — 8/10
  • 9/10
    Kre­ska — 9/10
  • 9/10
    Boha­te­ro­wie — 9/10
  • 10/10
    Sce­ny bitew­ne — 10/10
  • 2/10
    Licz­ba tomów — 2/10
7.6/10

Moni zda­niem:

Rzad­ko zda­rza się, że koń­cząc czy­tać man­gę czu­ję nie­do­syt. Tu, do porząd­ne­go opo­wie­dze­nia histo­rii, bra­ku­je mi przy­naj­mniej kil­ka tomów, bo czy­ta się wyśmie­ni­cie, a kre­ska też cie­szy oko. Każ­dy fan bitew­nia­ków, mechów czy led­wo zary­so­wa­ne­go roman­su będzie zado­wo­lo­ny.