Gin­ta­ma. Serial ani­me, któ­ry chy­ba nigdy mi się nie znu­dzi. A prze­cież co może być cie­ka­we­go w histo­rii kra­ju samu­ra­jów pod­bi­te­go przez kosmi­tów? Jeśli taki opis fabu­ły odstra­sza przed obej­rze­niem tych chy­ba już 400 odcin­ków, to może zacząć od jed­ne­go chy­ba z naj­lep­szych fil­mów zwią­za­nych z serią: Shi­ny­aku Beni­za­ku­ra-hen.

Bohaterowie

Głów­ny­mi pro­ta­go­ni­sta­mi są Gin­to­ki Saka­ta, Shin­pa­chi Schi­mu­ra i Kagu­ra. Sta­no­wią oni coś na podo­bień­stwo rodzin­nej fir­my i ima­ją się wła­ści­wie każ­de­go zaję­cia, o ile klient może za to zapła­cić. Gin­to­ki jest sze­fem, choć to on jest naj­bar­dziej leni­wy z całej trój­ki. Jeśli może to śpi, pije w barze lub czy­ta man­go­we pismo Jump. Noto­rycz­nie zwle­ka z opła­ta­mi i raczej pie­nią­dzem nie śmier­dzi. Ubie­ra się nie­chluj­nie, jego jed­na poła kimo­na zawsze smęt­nie zwi­sa. Przy boku ma nie­od­łącz­ną drew­nia­ną kata­nę. Shin­pa­chi jest tym mądrym z całej trój­ki, jed­nak jeśli cho­dzi o wal­kę to on jest tym naj­słab­szym. Jego zna­kiem szcze­gól­nym są oku­la­ry o okrą­głych szkłach. Kagu­ra jest naj­młod­sza z całej trój­ki. Do tego nale­ży do cie­ka­we­go kla­nu Yato – kosmi­tów obda­rzo­nych nie­zwy­kłą siłą, ale wraż­li­wych na pro­mie­nie sło­necz­ne. Z tego powo­du czę­sto musi nosić para­sol­kę chro­nią­cą ją przed słoń­cem. Jak na dziew­czyn­kę zja­da nie­sa­mo­wi­te ilo­ści jedze­nia. Nosi chiń­ski strój.

Po dru­giej stro­nie mamy anta­go­ni­stów. W Shi­ny­aku Beni­za­ku­ra-hen są to przede wszyst­kim Oka­da Nizou i Taka­su­gi Shin­su­ke. Nizou jest spe­cy­ficz­nym szer­mie­rzem, gdyż pozba­wio­ny jest wzro­ku. Jego ruchy są pre­cy­zyj­ne, choć opie­ra­ją się tyl­ko na wyczu­ciu podmu­chów wia­tru dooko­ła cia­ła prze­ciw­ni­ków. Cią­gle poszu­ku­je god­ne­go sie­bie szer­mie­rza. Taka­su­gi to lider eks­tre­mi­stycz­ne­go ugru­po­wa­nia Kihe­itai, któ­re zamie­rza przy pomo­cy ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych wyku­rzyć kosmi­tów z Japo­nii. Cie­ka­wost­ką jest, że z Gin­to­kim (i Kat­su­rą) cho­dzi­li do tego same­go dojo i wal­czy­li ramię w ramię w woj­nie Joui.

Fabuła

Edo w Japo­nii obec­nie jest pod pano­wa­niem poza­ziem­skiej rasy zwa­nej Aman­to. Wśród tra­dy­cyj­nie ubra­nych w kimo­na Japoń­czy­ków prze­cha­dza­ją się dziw­ne jasz­czur­ki, pan­te­ry, wil­ki czy bli­zej nie­okre­ślo­ne dia­bo­licz­ne stwo­ry i cyklo­py. W kra­ju, w któ­rym zaka­za­ne jest posia­da­nie żela­znych mie­czy, bycie Samu­ra­jem nie ma zbyt wiel­kie­go sen­su. Woj­na o nie­pod­le­głość upa­dła, pozo­sta­je więc zna­le­zie­nie inne­go spo­so­bu na życie. Gin­to­ki Saka­ta, wraz z uczniem Shin­pa­chim Shi­mu­rą i nale­żą­cą do kosmicz­ne­go kla­nu wojow­ni­ków Yato Kagu­rą otwie­ra­ją „fir­mę” Yoro­zuya, wyko­nu­ją­cą róż­ne zle­ce­nia za pie­nią­dze. Edo wstrzą­sa seria mor­derstw doko­ny­wa­nych na samu­ra­jach za pomo­cą mie­cza. W tym samym cza­sie zni­ka daw­ny przy­ja­ciel Gin­to­kie­go, nale­żą­cy do rewo­lu­cjo­ni­stów Kota­rou Kat­su­ra. Kie­dy Shim­pa­chi i Kagu­ra szu­ka­ją Kat­su­ry, Gin­to­ki dosta­je za zada­nie odszu­kać Beni­za­ku­rę, prze­klę­ty miecz, któ­ry w cza­sie peł­ni księ­ży­ca świe­ci pur­pu­ro­wym bla­skiem. Jesz­cze nie wie z jak groź­nym prze­ciw­ni­kiem będzie miał do czy­nie­nia.

Gin­ta­ma: Shi­ny­aku Beni­za­ku­ra-hen pod wzglę­dem fabu­lar­nym nie­mal nie róż­ni się od histo­rii przed­sta­wio­nej w serii tele­wi­zyj­nej. Nowych scen nie ma tu za wie­le, co nie zmie­nia fak­tu, że jest to jed­na z naj­lep­szych dyna­micz­nych czę­ści całej Gin­ta­my. Cha­rak­te­ry­stycz­ny mariaż kome­dio­wych gagów z mora­li­za­tor­ski­mi tona­mi czy dra­ma­tycz­ny­mi obro­ta­mi spra­wy to cecha cha­rak­te­ry­stycz­na fil­mu, jak i całej serii.

Kreska

O Gin­ta­mie moż­na powie­dzieć jed­no: ma bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne posta­ci, któ­re nie są tak sche­ma­tycz­nie przed­sta­wio­ne jak inny zna­ny i lubia­ny tasiem­co­wy sho­nen One pice. Sce­ny wal­ki są mistrzow­sko roze­gra­ne i cie­szą oko nie mniej niż gagi czy uciecz­ki Gin­to­kie­go przed pobie­ra­ją­cą zapła­tę za wyna­jem wła­ści­ciel­ką domu. Raz pła­cze­my ze śmie­chu, bo Kagu­ra zno­wu zja­dła za dużo, a raz bo… no, nie będę spo­ile­ro­wać. Ale weź­cie chu­s­tecz­ki, bo nawet kacz­ko­wa­ta Eli­za­beth tu pła­cze. Stu­dio Sun­ri­se, wydaw­ca m.in. Gun­da­ma czy Cow­boya Bebo­pa, spi­sa­ło się napraw­dę dobrze.

Muzyka

Muzy­kę w więk­szo­ści sta­no­wią zna­ne z Gin­ta­my kawał­ki. Nowy ending, tak­że w wyko­na­niu Does, jest dobry, jed­nak nie umy­wa się od seria­lo­we­go “Shu­ra”. Poni­żej może­cie porów­nać.

Ending fil­mu:

Ending seria­lu:

Ciekawostka

Samo sło­wo „Beni­za­ku­ra” jest zlep­kiem “Beni­hi­me” i “Sen­bon­za­ku­ra”- legen­dar­nych mie­czy Zan­pa­ku­to uży­wa­nych przez shi­ni­ga­mi Kisu­ke Ura­ha­ra i Byakuya Kuchi­ki z bar­dzo zna­nej man­gi i ani­me z gatun­ku sho­nen Ble­ach.

Podsumowanie

Gin­ta­ma: Shi­ny­aku Beni­za­ku­ra-hen to wła­ści­wie nic nowe­go dla osób, któ­re czy­ta­ły man­gę bądź oglą­da­ły serię tele­wi­zyj­ną, ale mimo to sta­no­wi napraw­dę dobrą powtór­kę z roz­ryw­ki. Oso­by roz­po­czy­na­ją­ce od tego fil­my zna­jo­mość z Gin­ta­mą mogą mieć pro­ble­my ze zro­zu­mie­niem rela­cji pomię­dzy boha­te­ra­mi czy nawet nie­któ­ry­mi gaga­mi. Sama Gin­ta­ma sły­nie też z wie­lu nawią­zań do innych mang czy ani­me, choć nie ozna­cza to, że nie moż­na zacząć pozna­wa­nia świa­ta Yoro­zuyi od fil­mu.

Na szybko
  • 10/10
    Fabu­ła — 10/10
  • 9/10
    Kre­ska — 9/10
  • 10/10
    Boha­te­ro­wie — 10/10
9/10

Moni zda­niem:

Jeden z naj­lep­szych arc-ów w całej Gin­ta­mie w jed­nym fil­mie. Jeśli jesz­cze nie pozna­li­ście absur­dal­nie weso­łej i cza­sem melan­cho­lij­nej do łez trój­ki, to war­to zacząć wła­śnie od fil­mu Beni­za­ku­ra-hen, by spraw­dzić, czy taka kon­wen­cja pasu­je.