Ona miesz­ka na wsi, on w mie­ście. Nie zna­ją się, ale potra­fią w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób zamie­niać się swo­imi cia­ła­mi. Sztam­po­wy temat, ale pod reży­se­rią Mako­to Shin­ka­ia nie moż­na ocze­ki­wać sła­be­go ani­me. Kimi no na wa nawet obok sła­be­go nie sta­ło!

Bohaterowie

Pierw­szo­pla­no­wi boha­te­ro­wie to dziew­czy­na i chło­pak, lice­ali­ści. Mit­su­ha jest cór­ką bur­mi­strza i miesz­ka w wio­sce w pobli­żu nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka na pro­win­cji. Do tego jest wnucz­ką kapłan­ki shin­tou i poma­ga jej w świą­tyn­nych obo­wiąz­kach. Widać tu rodzin­ne nie­sna­ski pomię­dzy tra­dy­cyj­nym życiem a chę­cią wła­dzy. Dru­gi boha­ter to Taki, typo­wy miesz­ka­niec Tokio, któ­ry po zaję­ciach w szko­le dora­bia w restau­ra­cji. Nic ich nie łączy. No może poza tym, że od cza­su do cza­su zamie­nia­ją się cia­ła­mi. Jest to o tyle śmiesz­ne, że mając swo­ją toż­sa­mość sek­su­al­ną nagle zosta­ją wcie­le­ni w inną płeć. Co robi Taki? To co zro­bił­by każ­dy facet na jego miej­scu – cie­szy się z będą­cych zawsze pod ręką pier­si. A Mit­su­ha? W koń­cu może wypić kawę w praw­dzi­wej kawiar­ni. Mit­su­ha i Taki muszą poznać nawza­jem swo­je życie, aby być w sta­nie względ­nie nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Fabuła

Kimi no na wa nie jest ani stan­dar­do­wym roman­sem z ele­men­ta­mi fan­ta­sy, ani tym bar­dziej okru­cha­mi życia dwoj­ga lice­ali­stów. To wie­lo­wąt­ko­wa opo­wieść o ponad­cza­so­wej przy­jaź­ni, a nawet wal­ki o życie. Choć kolej­ne wąt­ki tak samo szyb­ko się zaczy­na­ją, jak koń­czą, nie ma tu żad­ne­go pro­ble­mu z ich dopa­so­wa­niem. Nie są jakoś odkryw­cze, ale to jesz­cze bar­dziej przy­bli­ża do sytu­acji boha­te­rów. To tak, jak­by ktoś z nas mógł prze­żyć podob­ne sytu­acje. Szko­ła, pra­ca doryw­cza, miesz­ka­nie w wiel­kim czy pro­win­cjo­nal­nym mie­ście. To zda­rza się każ­de­mu. Zamia­na miej­sca­mi? To coś, o czym cza­sem marzy­my. By być kimś innym, choć na jeden dzień.

W zwy­kłe życia zmie­nia­ją­cych się cia­ła­mi dzie­cia­ków wple­cio­na jest jed­nak jesz­cze nie­co­dzien­na histo­ria. Oto raz na ponad tysiąc lat w pobli­żu Zie­mi prze­la­tu­je kome­ta Tia­mat. Jej poja­wie­nie się zbie­ga się z jesien­nym festi­wa­lem. To wła­śnie jej prze­lot jest punk­tem zwrot­nym w całym fil­mie. Bo Taki zaczy­na wszyst­ko zapo­mi­nać. Nawet, jakie jest imię Mit­su­ha, dla­cze­go nosi ple­cio­ne przez nią bran­so­let­ki ani cze­go wła­ści­wie szu­ka.

Tak napraw­dę głów­nym ser­cem ani­me są emo­cje. Może to nie jest Uwierz w ducha z Patric­kiem Swayze’m, ale oso­by o moc­no nawod­nio­nych oczach pro­szo­ne są o zabra­nie ze sobą chu­s­te­czek. Łza­wych, ale wca­le nie­na­chal­nych scen mamy bez liku i w momen­tach, w któ­rych wca­le się ich nie spo­dzie­wa­my. Gdy­by nie to, co szar­pie tak ser­ce, to film był­by zwy­czaj­nie banal­ny.

Przy oka­zji war­to jesz­cze wyja­śnić czym jest czer­wo­na nić prze­zna­cze­nia oraz Mut­su­bi. Japoń­czy­cy wie­rzą, że dwie oso­by kocha­ją­ce się zawsze będą ze sobą połą­czo­ne. To połą­cze­nie to sym­bo­licz­na czer­wo­na nić zawią­za­na na pal­cu lewej ręki (małym bądź ser­decz­nym), co ozna­cza bli­skość ser­ca. Nie­waż­ny jest rodzaj związ­ku, ani odle­głość dzie­lą­ca dwie kocha­ją­ce się oso­by, ani nawet czas. Czer­wo­na nić może tak samo ozna­czać miłość mię­dzy mat­ką a ojcem, bra­tem i sio­strą, czy też dwoj­giem przy­ja­ciół lub part­ne­rów. Zawsze zna­czy to samo: pozna­nie i kocha­nie dru­giej oso­by. Musu­bi zaś to węzeł, któ­ry łączy wszyst­ko w jed­ną całość: ludzi i zda­rze­nia.

Kreska

Nie jest to tak wybit­ne dzie­ło jak 5 cen­ty­me­trów na sekun­dę, jed­nak nie moż­na ode­brać Kimi no na wa arty­zmu. Szcze­gól­nie sce­ny prze­la­tu­ją­cej kome­ty czy przy­ro­dy zapie­ra­ją dech w pier­siach. Nawet drga­ją­ce w powie­trzu dro­bin­ki kurzu poka­zu­ją jak wiel­ka jest dba­łość o deta­le rysow­ni­ków.

Podsumowanie

Kimi no na wa stoi na podium z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­ny­mi fil­ma­mi Miy­aza­kie­go. To też naj­bar­dziej kaso­wy film japoń­ski ostat­nich cza­sów, sztur­mu­ją­cy tak­że kina na zacho­dzie. Może nie jest to taka histo­ria jak 5 cm na sekun­dę czy Kano­jo to Kano­jo no Neko, jed­nak emo­cjo­nal­no­ścią je prze­bi­ja. Choć bywa­ły momen­ty, gdzie mogłam spo­koj­nie przy­go­to­wać sobie her­ba­tę, to jed­nak więk­szość fil­mu sie­dzia­łam z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma, by tyl­ko nicze­go nie przega­pić. War­to obej­rzeć, bez dwóch zdań.

Na szybko
  • 9/10
    Fabu­ła — 9/10
  • 9/10
    Kre­ska — 9/10
  • 9/10
    Boha­te­ro­wie — 9/10
  • 10/10
    Emo­cje — 10/10
9.4/10

Moni zda­niem:

Film, któ­ry albo prze­pła­czesz, albo ode­rwać wzro­ku od nie­go nie możesz. Pięk­ny, emo­cjo­nal­ny, choć o tema­ty­ce okle­pa­nej jakich mało, ale opo­wie­dzia­ny w taki spo­sób, że chce się go oglą­dać.