Zawsze podo­bał mi się ame­ry­kań­ski styl ucze­nia dzie­ci przed­się­bior­czo­ści: sprze­da­wa­nie wła­sno­ręcz­nie zro­bio­nej lemo­nia­dy czy cia­ste­czek, baby-sit­ting czy roz­no­sze­nie gazet. Ale nigdy nie myśla­łam z jaki­mi nie­bez­pie­czeń­stwa­mi może to być zwią­za­ne. W Paper Girls poja­wia­ją się nawet takie, o któ­rych nie myśla­ła­bym, że ist­nie­ją. Cie­ka­wi? Zapra­szam na recen­zję pierw­sze­go tomu!

Bohaterowie

Głów­ne boha­ter­ki to wła­śnie Paper Girls – roz­no­si­ciel­ki gazet. Nie­ła­two jest wsta­wać przed 5, by rowe­ra­mi obje­chać oko­li­cę i rzu­cić każ­de­mu pra­sów­kę na ganek. One to robią: Mac­Ken­zie, dobrze zna­na poli­cji, posia­da­ją­ca lek­ko pato­lo­gicz­ną rodzi­nę i palą­ca jak loko­mo­ty­wa zadzior­na chłop­czy­ca, tro­chę bojaź­li­wa Tif­fa­ny, któ­ra za ostat­nie cen­ty kupi­ła krót­ko­fa­lów­kę, by wzy­wać pomoc, KJ, moc­no stą­pa­ją­ca po zie­mi i dobrze posłu­gu­ją­ca się kijem do hoc­keya w samo­obro­nie oraz nowa w bran­ży, dobrze wycho­wa­na i odro­bi­nę nie­pew­na sie­bie Erin.

Fabuła

Pra­ca roz­no­si­cie­la gazet na przed­mie­ściach Cle­ve­land nie jest łatwa. Nie dość, że trze­ba wcze­śnie wsta­wać i na rowe­rze prze­je­chać napraw­dę szmat dro­gi, to co rusz natknąć się moż­na na nie­przy­jem­niacz­ków, naj­czę­ściej szwen­da­ją­cą się mło­dzież. A naj­go­rzej już jest w noc po Hal­lo­we­en, bo wszę­dzie pałę­ta­ją się ban­dy prze­bie­rań­ców. Tak wła­śnie myśla­ły boha­ter­ki tego komik­su: że wszyst­kie spo­tka­ne oso­by to prze­bie­rań­cy. Albo cho­ciaż oso­by chcą­ce upa­mięt­nić pią­tą rocz­ni­cę Woj­ny świa­tów jakimś nie­sa­mo­wi­tym wystę­pem. Jed­nak dziw­ne wypad­ki, spo­tka­ne oso­by mówią­ce w obcych języ­kach oraz nie­sa­mo­wi­te urzą­dze­nia zmie­nią ten wie­czór tak moc­no, że sza­ra i nud­na rze­czy­wi­stość już nigdy nie będzie taka sama dla ich czwór­ki. Jeśli doda­my do tego rany postrza­ło­we, podró­że w cza­sie i odwiecz­ną wal­kę pomię­dzy poko­le­nia­mi to mamy wła­śnie to, z cze­go skła­da się cała fabu­ła Paper Girls.

Kreska

Rysun­ki Clif­fa Chian­ga są dość eko­no­micz­ne, brak im cie­nio­wa­nia, rastrów czy deta­li, jed­nak dużym plu­sem jest cie­ka­we zapro­jek­to­wa­nie posta­ci i ich mimi­ki twa­rzy. Doda­jąc do tego żywe, neo­no­we i moc­no nasy­co­ne kolo­ry mamy ide­al­ne dopa­so­wa­nie do nostal­gicz­nych lat 80-tych, w któ­rych roz­gry­wa się akcja tego tomu. Wszyst­ko to bar­dzo przy­pa­dło mi do gustu i cze­kam co przy­nie­sie dla mnie, i boha­te­rek, przy­szłość.

Ciekawostka

Roz­po­czy­na­ją­cy tom pierw­szy Paper Girls kosz­mar Erin zwią­za­ny był z dość trau­ma­tycz­nym dla Ame­ry­ka­nów lat 80-tych wypad­kiem waha­dłow­ca Chal­len­ger, w eks­plo­zji któ­re­go zgi­nę­ła cała zało­ga. O ile śmierć astro­nau­tów w dobie misji kosmicz­nych zda­rza­ła się nader czę­sto, o tyle w tym przy­pad­ku po raz pierw­szy w locie bra­ła udział zwy­kła oso­ba, nauczy­ciel­ka wybra­na spo­śród 11000 tysię­cy przed­sta­wi­cie­li tego zawo­du, Chri­sta McAu­lif­fe. Jej mot­to to: Niech Two­ją przy­szłość będą ogra­ni­cza­ły tyl­ko marze­nia. Jej przy­go­to­wa­nie do misji oglą­da­ła cała Ame­ry­ka i śmierć tym bar­dziej dotknę­ła każ­de­go z osob­na, gdyż w grun­cie rze­czy była ona zwy­kłą oby­wa­tel­ką, kimś, z kim moż­na się było iden­ty­fi­ko­wać.

Podsumowanie

Brian K. Vau­ghan zaskar­bił sobie moją sym­pa­tię dosko­na­łą Sagą, a teraz jesz­cze zapadł w pamięć cie­ka­wą Paper Girls. Vau­gha­na potra­fi w mig zacie­ka­wić czy­tel­ni­ka i rzu­cić bar­dzo szyb­ko na głę­bo­ką wodę zamiast daw­ko­wać cie­ka­wość i powo­li wpro­wa­dzać w wykre­owa­ny świat. Posta­cie pozna­je­my nie z opo­wie­ści, ale po czy­nach. Bo akcja jest tu naj­waż­niej­sza.

Na szybko
  • 9/10
    Fabu­ła — 9/10
  • 10/10
    Kre­ska — 10/10
  • 9/10
    Boha­te­ro­wie — 9/10
  • 10/10
    Szyb­kość akcji — 10/10
9.5/10

Moni zda­niem:

Ide­al­na pozy­cja dla uro­dzo­ne­go w latach 80–90-tych! Tu nostal­gię moż­na czer­pać wia­dra­mi! Ale nie tyl­ko to jest super: akcja, kolo­ry, pomy­sły, w koń­cu samo wyko­na­nie. Pole­cam każ­de­mu! Ale uwa­ga: tu dzie­ci cza­sem prze­kli­na­ją!