Szko­ła to miej­sce, w któ­rym spę­dza­my więk­szość cza­su w naszym dzie­ciń­stwie. Miej­sce, w któ­rym nawią­zu­ją się pierw­sze przy­jaź­nie, cza­sem na całe życie. Miej­sce, któ­re wspo­mi­na­my mniej lub bar­dziej nostal­gicz­nie. Jak jed­nak wyglą­da szko­ła pro­wa­dzo­na przez boga śmier­ci Shi­ni­ga­mi?

Bohaterowie

Głów­ny­mi boha­te­ra­mi Soul Eatera są ucznio­wie Shi­bu­sen w Derath City: sumien­na Maka Albarn oraz cynicz­ny i bez­po­śred­ni Soul Evans, narwa­ny Black Star oraz cicha Tsu­ba­ki Nakat­su­ka­sa, syn dyrek­to­ra Death the Kid z obse­sją na tle syme­trii oraz towa­rzy­szą­ce mu sio­stry Patri­cia „Pat­ti” i Eli­za­beth „Liz” Thomp­son. Połą­cze­ni w pary mają sta­no­wić jed­no: wojow­ni­ka i broń, gdyż Soul, Tsu­ba­ki czy sio­stry Thomp­son posia­da­ją umie­jęt­ność zamia­ny w róż­ne­go rodza­ju kosy, mie­cze, noże czy bro­nie pal­ne. Wszyst­ko po to, by wal­czyć z demo­na­mi, wiedź­ma­mi i innym złem, któ­re może spo­wo­do­wać prze­bu­dze­nie się naj­więk­sze­go demo­na wszech cza­sów.

Jak to z dzie­cia­ka­mi bywa mają one swo­je dziw­ne zacho­wa­nia, brak doświad­cze­nia i pro­ble­my. Maka jest typo­wym kujo­nem i chce dorów­nać sła­wie swo­jej mat­ki, Soul jest męczo­ny przez wewnętrz­ny głos, Black Star prze­ko­na­ny o swo­jej wyjąt­ko­wo­ści i sile prze­wyż­sza­ją­cej same­go Shi­ni­ga­mi, Tsu­ba­ki ukry­wa mrocz­ny sekret, Death the Kid ma ner­wi­cę natręctw, Pat­ti to głu­piut­ka trzpiot­ka, a Liz boi się nawet wła­sne­go cie­nia. Szko­ła nie tyl­ko uczy ich nie tyl­ko nowych umie­jęt­no­ści, ale tak­że pra­cy w gru­pie oraz radze­nia sobie z wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi.

Bar­dzo spodo­bał mi się spo­sób przed­sta­wie­nia posta­ci, rela­cji mię­dzy nimi. Bez bez­względ­ne­go zro­zu­mie­nia nie było mowy o zgra­niu bro­ni z mistrzem. Nie moż­na było poży­czyć, jak chciał to zro­bić Black Star, bro­ni od inne­go mistrza i zwy­czaj­nie zro­bić z niej uży­tek. Jeśli rezo­nans dwóch dusz nie był ide­al­ny nie było mowy o wal­ce.

Fabuła

W szko­le Shi­bu­sen ucznio­wie nie tyl­ko posią­dą wie­dzę jak wła­dać bro­nia­mi, ale tak­że jak łączyć dusze, by zwięk­szyć swo­je moce dzia­ła­nia i zaini­cjo­wać spe­cjal­ne tech­ni­ki ude­rzeń. Jeśli ich zgra­nie jest ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ne mogą prze­ciw­dzia­łać naj­więk­sze­mu złu na świe­cie, Kishi­no­wi. Obec­nie ten demon jest zapie­czę­to­wa­ny, więc ucznio­wie sku­pia­ją się przede wszyst­kim na dosko­na­le­niu umie­jęt­no­ści, by w przy­szło­ści zostać Kosą Śmier­ci, narzę­dziem, któ­rym może wła­dać sam Shi­ni­ga­mi. By tak się sta­ło para broń-mistrz musi speł­nić jeden waru­nek: powin­ni zneu­tra­li­zo­wać 90 złych ludzi, a broń pochło­nąć 90 ludz­kich złych dusz. Ostat­nią poko­na­ną musi być wiedź­ma. Inna kolej­ność wyze­ru­je licz­nik dusz. Maka i Soul są o krok od zdo­by­cia tytu­łu, kie­dy na ich dro­dze poja­wia się obda­rzo­na magicz­ny­mi moca­mi Bla­ir…

Jed­nak Bla­ir to tyl­ko począ­tek pro­ble­mów. Wieź­my mają dość rzą­dów Shi­ni­ga­mi i pra­gną powro­tu do cza­sów ter­ro­ru i sza­leń­stwa, cza­sów, kie­dy Kishin był wład­cą. Uda­je im się obu­dzić demo­na. Ale i w wiedź­mim świat­ku są podzia­ły: jed­ni podą­ża­ją za pomy­sła­mi Medu­sy, inni wolą pla­ny domi­na­cji przed­sta­wio­ne przez Arach­ne. Ucznio­wie oraz nauczy­cie­le nie tyl­ko więc muszą sku­pić się na ponow­nym schwy­ta­niu i uniesz­ko­dli­wie­niu Kishi­na, ale tak­że na wal­ce z wiedź­ma­mi czy opa­no­wu­ją­cym świat, w tym też kadrę nauczy­ciel­ską, sza­leń­stwu.

Kreska

No wła­śnie, gra­fi­ka. Na pierw­szy rzut oka ohyd­na, mono­ton­na, prze­ry­so­wa­na, cha­otycz­na. Takie są posta­cie czy nie­któ­re loka­cje. Jed­nak pod wzglę­dem sys­te­mu wal­ki czy spo­so­bu poru­sza­nia się posta­cie jestem pod dużym wra­że­niem. Seria Soul Eater jest ekra­ni­za­cją man­gi pod tym samym tytu­łem, autor­stwa Atsu­shie­go Ooku­bo i wła­śnie jego rysun­ka­mi i kre­ską jest wzo­ro­wa­ne ani­me. Sur­re­ali­stycz­ne wizje czy ory­gi­nal­ne posta­cie, a nawet pomy­sły na umie­jęt­no­ści wal­ki są na plus dla całe­go obra­zu 51-odcin­ko­we­go seria­lu. Cie­akym zabie­giem jest uogól­nia­nie tłu­mu. Każ­da taka nic nie­wno­szą­ca postać jest jak­by zale­d­wie cie­niem czło­wie­ka: sza­ra, bez twa­rzy czy zazna­czo­ne­go ubra­nia. Rysow­ni­cy dokład­nie poka­zu­ją widzom na kim i na czym powin­na być sku­pio­na uwa­ga.

Ciekawostka

Bro­nie takie jak Tsu­ba­ki czy Soul mają swój wewnętrz­ny świat. O ile ten Tsu­ba­ki przy­po­mi­na nie­co pustą kra­inę przed­sta­wio­ną w Olim­pos, o tyle Czar­ny Pokój Soula jest napraw­dę cie­ka­wy. Pierw­sze co przy­cho­dzi na myśl patrząc na małe­go karzeł­ko­wa­te­go dia­beł­ka bie­ga­ją­ce­go po nim i czer­wo­ne sto­ry zamiast ścian to bez­a­pe­la­cyj­nie David Lynch i jego Twin Peak­so­wy Czer­wo­ny Pokój w Czar­nej Cha­cie, miej­scu złych mocy. Soul po wal­ce z Ragna­ro­kiem wal­czy ze złem, któ­re roz­prze­strze­ni­ło się wewnątrz jego duszy wraz z prze­do­sta­niem się do jego ran czar­nej krwi. Wal­ka doko­nu­je się wła­śnie w Czar­nym Poko­ju. Kie­dy poja­wia­ją się sce­ny z tego miej­sca Soul ubra­ny jest ina­czej niż zwy­kle. Nie mamy już wylu­zo­wa­ne­go out­fit­tu z T-shir­tem, skó­rza­ną kurt­ką i jean­sa­mi, a dopa­so­wa­ny gar­ni­tur w prąż­ki, lakier­ki, czer­wo­ną koszu­lę i czar­ny kra­wat.

Podsumowanie

Soul eater to typo­wy sho­nen: wal­ka ze złem, naby­wa­nie nowych umie­jęt­no­ści przez boha­te­rów, awan­so­wa­nie na wyż­szy poziom wie­dzy i mocy, podej­mo­wa­nie trud­nych wybo­rów oraz obo­wiąz­ko­wa kon­fron­ta­cja ze sta­ry­mi prze­ciw­ni­ka­mi. Jed­nak umie­jęt­ne powią­za­nie ze sobą ele­men­tów akcji, humo­ru, gro­zy i miej­sca­mi gro­te­ski, przed­sta­wio­ne cha­rak­te­ry­stycz­ną kre­ską, któ­rą albo się poko­cha, albo znie­na­wi­dzi, spra­wi, że nawet oso­by dotych­czas nie pała­ją­ce do bitew­nia­ków wiel­ką miło­ścią mogą zacząć patrzeć na ten typ ani­me przy­chyl­niej­szym okiem.

Na szybko
  • 9/10
    Fabu­ła — 9/10
  • 7.5/10
    Kre­ska — 7.5/10
  • 9.8/10
    Boha­te­ro­wie — 9.8/10
8.8/10

Moni zda­niem:

Dziw­ny sho­nen z cie­ka­wy­mi posta­cia­mi, masą slap­stic­ków, humo­ru i odro­bin­ką fan­ser­wi­su (ach ta Bla­ir!). Czy­li dla każ­de­go coś miłe­go. Jeśli nie boicie się tro­chę innej kre­ski, będzie­cie mile zdzi­wie­ni.