Nie każ­dy dosta­je dru­gą szan­sę, a i nie każ­da dru­ga szan­sa może ozna­czać coś lep­sze­go niż mia­ło się z pierw­szym razem. Mar­cus zosta­je wycią­gnię­ty z bagna i wrzu­co­ny do jesz­cze więk­szej brei, jaką oka­zu­je się szko­ła dla zabój­ców. Czy pozo­sta­wio­ny sam sobie i napięt­no­wa­ny przez wszyst­kich chło­pak ma szan­sę na nor­mal­ność, czym­kol­wiek w takich warun­kach ona jest?

Bohaterowie

Cza­sem nie­na­wiść do świa­ta spy­cha Cię na sam koniec wszyst­kie­go. Jest tak bez­na­dziej­nie, że nie chce się żyć. Ale nikt ne mówi, że może być jesz­cze gorzej, choć prze­cież może. Tak wła­śnie wyglą­da życie Mar­cu­sa, któ­re­go pozna­je­my tuż przed zmia­ną o 180stopni, jaka nastę­pu­je w jego sła­bym życio­ry­sie. Nika­ra­gu­ań­czyk, bez rodzi­ny, z łat­ką sie­ro­ciń­co­we­go dzie­cio­bój­cy, żebrak, bez­dom­ny, choć jesz­cze z tlą­cy­mi się w ser­cu ludz­ki­mi odru­cha­mi. Dzię­ki pro­tek­cji nie­zna­nych mu osób otrzy­mu­je dru­gą szan­sę. Jest nią uczest­ni­cze­nie w zaję­ciach eli­tar­nej, taj­nej Aka­de­mii Zabój­ców Kni­ght Domi­nion. Czy chło­pak bez konek­sji, któ­ry budzi strach swo­ją prze­szło­ścią, pora­dzi sobie wśród prze­stęp­czych gru­pek rzą­dzą­cych szkol­nym kory­ta­rzem i w pierw­szych mor­der­czych zada­niach domo­wych?

Fabuła

Nie­co auto­bio­gra­ficz­na histo­ria stwo­rzo­na przez Ric­ka Remen­de­ra, zna­ne­go przede wszyst­kim z pra­cy dla Marve­la przy takich tytu­łach jak Uncan­ny X-For­ce czy Uncan­ny Aven­gers, to nie jest typo­wy komiks o cho­dzą­cych do tej samej szko­ły nasto­lat­ków, ich miłost­kach i roz­cza­ro­wa­niach. Choć miło­stek, nasto­lat­ków i ich roz­cza­ro­wań jest tu spo­ro, jed­nak szko­le, do któ­rej cho­dzą, dale­ko jest do nor­mal­nej pla­ców­ki edu­ka­cyj­nej. Mar­cus dziw­nym zrzą­dze­niem losu tra­fia bowiem do szko­ły dla zabój­ców. Nie jest to bynaj­mniej żad­ne dojo szko­lą­ce nin­ja, ale wszech­stron­na aka­de­mia, uczą­ca tech­nik wal­ki, psy­cho­lo­gii zabi­ja­nia czy wresz­cie spo­so­bów otru­cia prze­ciw­ni­ka. W koń­cu egza­mi­nem jest uśmier­ce­nie dobrze wybra­ne­go, nie­po­trzeb­ne­go spo­łe­czeń­stwu śmier­tel­ni­ka. Nie przy­pad­ko­we­go prze­chod­nia, ale dokład­nie wybra­ne­go.

Już sama szko­ła i jej egza­mi­ny są trud­ne, ale Mar­cus musi prze­zwy­cię­żyć jesz­cze coś: nie­zdro­we zain­te­re­so­wa­nie swo­ją oso­bą. Jako ktoś spo­za jakich­kol­wiek wpły­wów oraz syn imi­gran­tów jest na ustach każ­dej zor­ga­ni­zo­wa­nej grup­ki w szko­le. W takiej sytu­acji nie jest łatwo o pomoc­ną dłoń, kole­żeń­stwo czy miłość. O dzi­wo dziew­czy­ny lubią takich chło­pacz­ków, więc nie może narze­kać na brak ich towa­rzy­stwa. Sęk w tym, że nie każ­da jest wol­na i gene­ru­je to dodat­ko­we pro­ble­my w posta­ci zazdro­snych chło­pa­ków. Jeśli doło­żyć do tego wszyst­kie­go burz­li­we i peł­ne nar­ko­ty­ków lata 80-te, to mamy wybu­cho­wą mie­szan­kę. Czy Mar­cus wyj­dzie z niej cało i z hono­rem, tym bar­dziej, że cią­gle czu­je na ple­cach czyjś tro­pią­cy wzrok?

Choć fabu­ła wyda­je się zagma­twa­na i bru­tal­na, to jed­nak nie mor­der­stwa są tu głów­ną osią komik­su, a nader filo­zo­ficz­ne prze­my­śle­nia boha­te­ra. Od sen­su życia, przez rela­cje mię­dzy­ludz­kie czy trau­my cią­gną­ce się od dzie­ciń­stwa za każ­dym, po sens śmier­ci. Ten komiks to nie tyl­ko pro­sta roz­ryw­ka i mor­do­bi­cie.

Kreska

War­stwa wizu­al­na zde­cy­do­wa­nie gra tu pierw­sze skrzyp­ce. Wes Cra­ig potra­fi odna­leźć się w każ­dej sce­nie, poka­zać zarów­no feno­me­nal­ne sko­ki pod­czas walk, gniew z powo­du kra­dzie­ży, brud naj­gor­szych dziel­nic San Fran­ci­sco, nar­ko­tycz­ne wizje niczym w Nar­ko jak i samot­ność w prze­peł­nio­nej szko­le. Mówiąc o tych kadrach trze­ba wspo­mnieć o rewe­la­cyj­nym Lee Loughridge’u, bez któ­re­go kolo­ro­wa­nia ten tom nie był­by taki sam.

Ciekawostka

W Deadly class może­my podzi­wiać nie­zli­czo­ne rodza­je bro­ni: od kijów base­bal­lo­wych po pisto­le­ty, kata­ny, garo­ty czy nawet mor­der­cze wachla­rze. Wachla­rze? Tak, bo i taki rodzaj bro­ni rze­czy­wi­ście ist­nie­je. Solid­ne żela­zne wachla­rze są nadal sto­so­wa­ne w japoń­skiej sztu­ce wal­ki zwa­nej tes­sen­jut­su. Jak w każ­dej sztu­ce tak­że i w tes­sen­jut­su Japoń­czy­cy doszli do per­fek­cjo­ni­zmu. Przy­kła­do­wo zna­ny wojow­nik z koń­ca XVI wie­ku, Sasa­ki Koji­ro potra­fił z powo­dze­niem bro­nić się tyl­ko za pomo­cą żela­zne­go wachla­rza przed kil­kor­giem nacie­ra­ją­cych na nie­go szer­mie­rzy.

Podsumowanie

Ta seria ma wie­le do zaofe­ro­wa­nia. Choć na pierw­szy rzut oka wyda­je się pro­stą jat­ką w wyko­na­niu ban­dy roz­wy­drzo­nych nasto­lat­ków, to traf­nie naśmie­wa się z pro­stych zabie­gów tak dobrze zna­nych z super­bo­ha­ter­skich opo­wie­ści, gdzie krysz­ta­ło­wo czy­ści pro­ta­go­ni­ści zawsze oca­la­ją świat, naj­czę­ściej w posta­ci bez­rad­nej kobiet­ki. Posta­cie nie są tyl­ko dobre albo tyl­ko złe, mają boga­tą oso­bo­wość i napraw­dę spo­ro mądrych rze­czy do powie­dze­nia. Jeśli boicie się, że będzie to roz­ryw­ka niskich lotów – może­cie spać spo­koj­nie, bo nie jest.

Na szybko
  • 8.5/10
    Fabu­ła — 8.5/10
  • 8.5/10
    Kre­ska — 8.5/10
  • 8/10
    Boha­te­ro­wie — 8/10
8.3/10

Moni zda­niem:

Świet­ne kolo­ry, świet­ne rysun­ki i cie­ka­wa histo­ria o szko­le, w któ­rej pro­mo­cja do następ­nej kla­sy ozna­cza egza­min z mor­der­stwa na żywo. Jeśli dodać do tego pro­ble­my wewnętrz­ne głów­ne­go boha­te­ra, nar­ko­tycz­ne wizje i gru­py zor­ga­ni­zo­wa­ne trzę­są­ce pla­ców­ką edu­ka­cyj­ną, to mamy bar­dzo dobrze zapo­wia­da­ją­cą się serię.