Kolor z przestworzy – Lovecraft w opowiadaniu, mandze i filmie

Kolor z przestworzy – Lovecraft w opowiadaniu, mandze i filmie

1 września 2020 0 przez Monika Kilijańska

Lovecraft to pisarz, którego albo można kochać, albo nienawidzić. I hoc podziwiam jego pomysły, to nie przepadam za jego sposobem pisania. Czy można kochać i nienawidzić zarazem? Ano można. Poznajcie jedną z ciekawszych moim zdaniem historii i jej adaptację mangową i filmową: Kolor z przestworzy vel Kolor z innego wszechświata.

Fabuła

Na farmę Nahuma Gardnera, położoną niedaleko miasta Arkham, spada meteoryt. Szybko przybywają na miejsce naukowcy i po zbadaniu niesamowitego głazu zauważają, że z czasem kurczy się on, a w wokoło krateru po uderzeniu zaczynają zachodzić dziwne zdarzenia. Roślinność na farmie mutuje, zwierzęta uciekają z zagród, ludzie zaczynają chorować i dość dziwnie się zachowywać. U mieszkańców farmy objawy nieco przypominają to np. malarię (dobrze opisane jej objawy zajdziecie w książce Komar), szczególnie jeśli zwróci się uwagę na to, iż źródłem choroby mogą być opalizujące opary. Miazmatyczny klimat z czasem pokrywa całą dolinę. Tyle, że wraz z kolorem przychodzi i śmierć…

Opowiadanie

Choć historia zawarta w opowiadaniu H. P. Lovecrafta pt. Kolor z przestworzy (wg mnie mylnie przetłumaczonego, oryg. The Colour Out of Space) jest barwna (dosłownie!), a opisy ginących postaci czy degradacji środowiska za sprawą meteorytu są naprawdę plastyczne, to jednak to Lovecraft.

Z całym szacunkiem do jego historii – są świetnie wymyślane, ale słabo napisane. Może to problem ówczesnych książek i prowadzenia powolnie fabuły, a może to problem jednak warsztatu. Lovecraft nieudolnie próbuje wyjaśnić przyczynę choroby, czasem powodując przy tym nudnawe dłużyzny. A wcale nie to przecież nas pociąga, by wiedzieć, a by gonić króliczka. Styl Lovecrafta polega na pisaniu obszernych monologów, a nie stricte narracji. Owszem, wsiąkamy w świat tak samo jak wsiąka on w głowę bohatera historii, w tym przypadku młodego pana Pierce’a, nawet odrobinę nam i jemu się w niej miesza. Jednak horror powinien przestraszyć, a ten najwyżej obrzydza. Samo sygnalizowanie przez autora ”ach, to jest plugawe!” (ulubione wyrażenie Lovecrafta!) chyba mówią wszystko.

Dodatkowo mamy do czynienia z opowiadaniem wspomnień staruszka, równie statycznego i równie odległe jak on. Niemniej sama historia jest godna zapamiętania, a nawet filmu czy komiksu, gdyż kolor jest tu wiodącą częścią fabuły. Jeśli chcesz posmakować tego, jak pisze Lovecraft, warto zacząć od tego opowiadania, żeby wiedzieć, czego się po nim spodziewać.

Fabuła: 8/10
Narracja: 5/10
Bohaterowie: 6 /10

Manga

Manga Kolor z innego wszechświata dość wiernie pokazuje fabułę Lovecraftowego opowiadania. Zwrócę więc uwagę na warstwę graficzną, która jest niesamowicie drobiazgowa, ale przez to czasami postacie giną w plątaninie umierających roślin. Drugim problemem dla rysowania Tanabe Gou było pokazanie koloru, opalizowania i iluminacji, eterycznemu zjawisku, które według Lovecrafta nie miało żadnej barwy, za pomocą czerni i bieli. Pierwsze kilka stron jest w kolorze i widać jak bardzo chciałoby się widzieć tak całą mangę. Odrobinę zabrakło mi bardziej wyrazistej mimiki twarzy bohaterów. Wszyscy, nawet ci zdrowi, wydają się być tak samo pogrążeni w marazmie, obojętni na groźne piękno kolorów z innego wszechświata. Mimo to graficznie album prezentuje bardzo wysoki poziom, godny dobrej historii.

Fabuła: 7/10
Kreska: 9/10
Bohaterowie: 6 /10

Film

Niestety nie jest to wierna adaptacja opowiadania Lovecrafta, ale czerpie garściami z pomysłów autora weird fiction. Mamy tu więc Lovecraftowe typowe tematy jak: istoty spoza przestrzeni i czasu, które mogą zepchnąć ludzi z klifu szaleństwa, zmutowny świat, plugastwo i szaleństwo. Stanley aktualizuje jednak dosyć mocno materiał, wykorzystując współczesny niepokój związany z narkotykami, bezrobociem czy katastrofami ekologicznymi, w szczególności skażoną wodą. Reżyser podkreśla ten temat na tyle mocno, że nie sposób go przeoczyć, umieszczając szklanki wody na pierwszym planie, jeszcze zanim pulsujący asteroid spadnie z nieba i zacznie wypluwać tęcze, które płoną i promieniują. Ale trochę się zapędzam.

Muszę w tym miejscu nieco powiedzieć o aktorach. Otóż, może to dziwne, ale najlepiej spisał się najbardziej memiczny z nich: Nicolas Cage. Nie wiem czy też tak macie, ale jak słyszę jego nazwisko, to wpadam w histeryczny chichot. Tu Cage wciela się w Nathana Gardnera, artystę, który porzucił miejskie życie i… hoduje alpaki w wiejskiej Nowej Anglii ze swoją żoną, maklerką, Theresą (Joely Richardson) i wspólnymi dziećmi.

Fabuła nie jest pozbawiona konfliktów: Nathan toczy boje na słowa ze swoją nastoletnią córką Lavinią (Madeleine Arthur), początkującą wiccanką, średni syn Benny (Brendan Meyer) zwykle pali trawkę w stodole (alpaki nie lubią tego), a najmłodszy Jack (Julian Hillard) plącze się pod nogami. Na dodatek Theresa nadal nie czuje się za dobrze po walce z rakiem. Ale ogólnie rzecz biorąc Gardnerowie są kochającą i wspierającą rodziną, a każda z nich ma własną wersję ekscentryczności, która doprowadziła ich w to nieco odludne miejsce w środku lasu. W sumie czego więcej im trzeba? Mają siebie, duży dom, sąsiada hipisa (tylko Benny się z tego cieszy) i studnię z wyśmienitą wodą.

Ta studnia zaczyna być jednak problemem zaraz po wylądowaniu meteorytu w ogrodzie. Zwierzęta zauważają to jako pierwsze. Choć szczury nie uciekają jak na Titanicu, to ucieka kot o fantazyjnym imieniu Punkt G. Potem pora na psa i alpaki i dziwne dolegliwości samych gospodarzy. Także flora się zmienia: cały ogród wygląda jak neonowo-różowo-fioletowe zjawisko. Wizualnie: cudo. Tu jednak kończy się wszystko co dobre dla rodziny. I dla alpak.

Efekty cyfrowe są inteligentnie zastosowane. Reżyser wie również, jak rozsądnie rozplanować charakterystyczną dla Cage’a grę aktorską, którą pokochaliśmy choćby z filmów takich jak Bez twarzy z 1997 czy Ptasiek z 1984 roku, używając jego przesadnych napadów złości jako narzędzia do wzmacniania stale budującego się w filmie poczucia niepokoju. Co jak co, ale udawać wariata Cage potrafi!

Biorąc to pod uwagę, że Kolor z przestworzy jest wyraźnie niskobudżetową produkcją, bazującą jedynie na opowiadaniu H.P. Lovecrafta, reżyser wykonuje niezwykłą robotę, utrzymując film osadzony w emocjonalnej rzeczywistości. Jest to wprawdzie osobliwy film o niekonwencjonalnych ludziach, nakręcony przez niekonwencjonalnego reżysera. Jeśli przeczytałeś tak daleko, prawdopodobnie już wiesz, czy jesteś publicznością, czy też nie. Jeśli myślisz, że tak, mam tylko jedną sugestię: nie oglądaj jeśli jesteś hodowcą alpak.

Recenzja także na portalu Secretum.pl

Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 7 /10