Mirai no mirai to kolej­ne japoń­skie ani­me wal­czą­ce o Oska­ra. Czy dosta­nie go? Wszak­że w tym roku kon­ku­ren­cja jest dość moc­na, bo mamy np. bar­dzo cie­ka­wie zani­mo­wa­ne Spi­der Ver­se. Choć kibi­cu­ję japoń­skiej kine­ma­to­gra­fii na rów­ni z pol­ską, to jed­nak nie do koń­ca jestem prze­ko­na­na czy tym razem się uda.

Bohater

Wpraw­dzie film jest o Mirai, ale opo­wia­da­ny jest z per­spek­ty­wy małe­go, kil­ku­let­nie­go chłop­ca, Kuna, któ­ry dotych­czas był jedy­na­kiem. Dość roz­piesz­czo­nym jedy­na­kiem. yje w arty­stycz­nie zapro­jek­to­wa­nym domu wraz ze swo­ją mamą, tatą oraz psem – Yuk­ko. Nad­miar zaba­wek, pozwa­la­nie na wykrzy­ki­wa­nie wła­sne­go zda­nia czy robie­nie co się podo­ba to dopie­ro począ­tek pro­ble­mów wycho­waw­czych. Bo zaczy­na­ją się one w momen­cie, kie­dy do domu wraz z mamą przy­cho­dzi mała sio­strzycz­ka. Chłop­czyk, co tu dużo mówić, nie jest zachwy­co­ny zain­te­re­so­wa­niem wokół jej małej osób­ki. Do tego ani się z taką leżą­cą sio­strą poba­wić, bo nie rozu­mie zami­ło­wa­nia do pocią­gów, a nawet ich do ręki nie bie­rze. Kun ma być teraz spo­koj­nym star­szym bra­tem i bro­nić sio­strzycz­ki, ale jak na razie raczej to rodzi­ce muszą bro­nić małej przed nim. Ręko­czy­ny są nie­do­zwo­lo­ne, ale jeśli nikt nie patrzy to moż­na prze­cież coś sio­strze zro­bić…

Fabuła

Moto­rem zda­rzeń w fil­mie jest zazdrość o rodzeń­stwo. Poja­wia się ona chy­ba w każ­dej rodzi­nie, ale chy­ba nie tak moc­no, jak w rodzi­nie Kuna. Na szczę­ście dla chłop­ca, nie jest on ze swo­im pro­ble­mem sam. Sio­stra, któ­rej imię Mirai po japoń­sku zna­czy przy­szłość, oka­zu­je się dosyć magicz­ną isto­tą. A może raczej za spra­wą miej­sca w któ­rym żyje rodzi­na, dzie­ją się takie dziw­ne rze­czy jak poja­wia­ją­cy się zni­kąd Ksią­żę, ludzie z przy­szło­ści i prze­szło­ści, któ­rzy zma­ga­ją się z róż­ny­mi pro­ble­ma­mi. Pro­ble­ma­mi dość podob­ny­mi do pro­ble­mów Kuna: zazdro­ścią o rodzeń­stwo, zde­ner­wo­wa­ną i wiecz­nie krzy­czą­cą mat­ką, nie­po­rad­no­ścią czy prze­ła­my­wa­niem wła­snych sła­bo­ści.

Nie powiem – jako rodzic uśmia­łam się nie raz na fil­mie, bo przy­po­mi­na­ły mi się wpad­ki moich wła­snych dzie­ci, bała­gan w ich poko­ju i moje wrza­ski na nie z tego powo­du, nie­po­rad­ność opie­ku­ją­ce­go się dzieć­mi ojca. W sce­nie, w któ­rej chłop­czyk stoi w krót­kim rękaw­ku na traw­ni­ku i podzi­wia pada­ją­cy śnieg aż krzyk­nę­łam pol­ską man­trę „a gdzie cza­pecz­ka!?”. To bar­dziej film albo dla małych dzie­ci, albo dla ich rodzi­ców.

Kreska

Co mnie odstra­sza w tej pro­duk­cji, to łącze­nie kom­pu­te­ro­wo gene­ro­wa­nych teł z ręcz­nie ryso­wa­ny­mi posta­cia­mi. Wpraw­dzie nie każ­da sce­na była tak zbu­do­wa­na, ale wła­śnie te naj­bar­dziej razi­ły oko. Tra­dy­cyj­nie ryso­wa­ne sce­ny mia­ły w sobie wię­cej duszy, któ­rej tak bar­dzo szu­ka­ło się w fil­mie pamię­ta­jąc choć­by wcze­śniej­sze pro­duk­cje jak Wil­cze dzie­ci (zobacz man­gę: Wil­cze dzie­ci) czy O dziew­czy­nie ska­czą­cej przez czas (zobacz man­gę: O dziew­czy­nie ska­czą­cej przez czas). Nie­któ­re sce­ny wyglą­da­ły też jak kal­ka już widzia­nych: spo­tka­nie z urzęd­ni­kiem na lot­ni­sku niczym z Małe­go Księ­cia Mar­ka Osborne’a z 2015 roku, zaba­wa chrup­ka­mi z pra­cu­ją­cym ojcem niczym zaba­wa w kwia­cia­rza z Moje­go sąsia­da Toto­ro Hay­ao Miy­aza­kie­go z 1988 roku, podo­bień­stwo shin­kan­se­na samot­no­ści do Koto­bu­sa z tegoż same­go fil­mu Miy­aza­kie­go czy wresz­cie sce­na z ryb­ka­mi niczym hołd Ponyo z 2005.

Kim jest twórca Mirai no mirai?

Mamo­ru Hoso­da to jeden z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych twór­ców ani­ma­cji w Japo­nii. Pierw­szym świa­to­wym osią­gnię­ciem były wspa­nia­łe Wil­cze dzie­ci, opo­wia­da­ją­ce histo­rię mat­ki wycho­wu­ją­cej pół dzie­ci – pół wil­ki. Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla dzieł Hoso­dy jest to, że pod zgo­ła sza­lo­ną fan­ta­stycz­ną histo­rią, czę­sto peł­ną magii, skry­wa w rze­czy­wi­sto­ści spo­koj­ne histo­rie rodzin­ne. Nie ina­czej jest w przy­pad­ku Mirai no mirai.

Aktorzy głosowi

Słów­ko szep­nę i w tej mate­rii. Choć kobie­ce gło­sy czę­sto uży­cza­ne są chło­pię­cym posta­ciom, to tym razem gra­ją­ca Kun-chan Moka Kami­shi­ra­ishi chy­ba nie do koń­ca była prze­my­śla­nym wybo­rem. Draż­ni jej typo­wo kobie­cy śmiech, tak bar­dzo inny niż dzie­cie­cy. Tak­że Kumi­ko Asou mówią­ca gło­sem mat­ki Kuna nie wyda­je się tak strasz­na i ner­wo­wa jak przed­sta­wiać ma postać.

Ciekawostka

Świę­to Lalek czy­li Świę­to Dziew­cząt, obcho­dzo­ne jest w Japo­nii 3 mar­ca. W ten dzień w domach, w któ­rym prze­by­wa­ją nie­za­męż­ne dziew­czę­ta, wysta­wia­ne są hina-nin­gyō, czy­li spe­cjal­ne zesta­wy lalek przed­sta­wia­ją­cych posta­cie dwo­ru cesar­skie­go. Zestaw mini­mum to figur­ki pary cesar­skiej (dairi-bina), ale kom­plet skła­da się z 15 lalek: cesa­rza i cesa­rzo­wej, trzech dam dwo­ru, pię­ciu muzy­ków, dwóch mini­strów i trzech straż­ni­ków. Wszyst­kie lal­ki ubra­ne są w stro­je dwor­skie z okre­su Heian. Na samej górze, na tle zło­te­go para­wa­nu (byōbu), znaj­du­ją się naj­waż­niej­sze figur­ki: cesa­rza (obi­na) i cesa­rzo­wej (mebi­na). Niżej damy dwo­ru, dalej muzy­cy, dwóch mini­strów, a naj­ni­żej straż­ni­cy. Lal­ki hina są prze­ka­zy­wa­ne z poko­le­nia na poko­le­nie. Jeże­li to nie­moż­li­we, dziad­ko­wie lub rodzi­ce kupu­ją go dziew­czyn­ce na jej pierw­sze świę­to Hina-mat­su­ri (hat­su-zek­ku). Figur­ki hina-nin­gyō nie są lal­ka­mi słu­żą­cy­mi codzien­nej zaba­wie. Są wysta­wia­ne do oglą­da­nia w okre­sie do dwóch tygo­dni przed świę­tem 3 mar­ca. Powin­ny być scho­wa­ne w cią­gu 3 dni po tym świę­cie. Ist­nie­je bowiem prze­sąd, że jeśli nie scho­wa się lalek w odpo­wied­nim cza­sie, to cór­ka zosta­nie sta­rą pan­ną.

Podsumowanie

Ten film z pew­no­ścią zasłu­gu­je na nomi­na­cję do Oska­ra. Czy na samą sta­tu­et­kę też? Cięż­ko mi powie­dzieć, bo jestem raczej fanem wido­wisk w sty­lu Wil­czych dzie­ci czy Ponyo – też emo­cjo­nal­nych, też rodzin­nych, też o zma­ga­niu się z samym sobą. Jed­nak war­to ją obej­rzeć: wszyst­kie emo­cje, od śmie­chu do łez, gwa­ran­to­wa­ne.

Patro­nat medial­ny nad fil­mem spra­wu­je Wane­ko.

Na szybko
  • 8/10
    Fabu­ła — 8/10
  • 8/10
    Kre­ska — 8/10
  • 7/10
    Boha­te­ro­wie — 7/10
7.7/10

Moni zda­niem:

Fan­ta­stycz­na, choć nie­co okle­pa­na histo­ria dora­sta­nia malu­cha do bycia star­szym bra­tem. Daje dużo śmie­chu, spo­ro zadu­my. Szko­da, że inge­ro­wa­no tu dość spo­ro kom­pu­te­ro­wo w ani­ma­cję, bo mogła być jesz­cze lep­sza.