Nie ma chyba drugiej osoby, która odcisnęłaby aż takie piętno na rynku komiksowym, w tym także na popkulturze. Proces ten, podobnie jak kariera Stana Lee, trwał dziesiątki lat. Kim był Stan the Man, zwany przeze mnie (i może tylko przeze mnie) Wujkiem Stankiem, niczym bohater Wodogrzmotów Małych?

Bohater

Stan Lee, czyli Stanley Martin Lieber, to rodowity Amerykanin, choć korzenie jego rodziny sięgają rumuńskiej diaspory. Żył biednie, jego rodzice kilkukrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, bo często nie starczało na czynsz. Wielki Kryzys spowodował problemy ze znalezieniem pracy przez jego ojca, więc Stanley żył w wielkim poszanowaniu pracy i pieniądza. Od początku przejawiał smykałkę do pisania. Początkowo były to nekrologi w lokalnej gazecie. To człowiek czynu, wiecznie w ruchu, wiecznie przy pracy. Śmiało można było go nazwać pracoholikiem czy człowiekiem-orkiestrą. Jednak żył w przekonaniu, że to co robi, czyli pisanie scenariuszy komiksów, to mniej warta uwagi praca, taka dla dzieciaków. Taka, która nie przystoi dorosłemu facetowi. Bo kto czyta komiksy? Dzieciaki, dziwaki i zdziecinniali faceci, szukający gorących obrazków nieobjętych purytańską cenzurą.

Stan nie chciał być tylko scenarzystą – on chciał być KIMŚ, choćby drugim Disney’em. Jednak strach przed wizją biedy, jaki w nim tkwił, często podcinał mu skrzydła. Najlepiej tworzył właśnie wtedy, kiedy nic już nie miał do stracenia, kiedy odłożył na bok myślenie o bezpiecznej posadce w Timley Comics czy późniejszym Atlas Comics. To wtedy powstały najlepsze jego postacie, dziś znane jako Uniwersum Marvela: Sipder-Man, Iron Man, Hulk, Doktor Strange, Fantastyczna Czwórka, Daredevil, Czarna Pantera, Thor oraz X-Meni. Wieczny niedosyt nie tyle popularności, co uznania towarzyszył mu aż do ostatnich dni. Zmarł w 2018 roku, jako 95-latek po długiej chorobie płuc.

Fabuła

Stan Lee. Człowiek – Marvel to typowa biografia. Piszący ją Bob Batchelor prawdopodobnie nie przypuszczał, że zostanie wydana rok przed śmiercią jej bohatera. Ten wiecznie ironiczny i uśmiechnięty człowiek zaczynał swoją karierę w jednym z największych wydawnictw kompletnie nie znając się na rynku komiksowym. Ale znał za to jej właściciela, Martina Goodmana, a raczej jego wujek go znał. Pozwoliło mu to zahaczyć się w firmie jako pomocnik. To miała być tymczasowa praca. Stanley raczej celował w świat pisarski. To dlatego przyjął pseudonim Stan Lee. Żartował czasem w wywiadach, że tym nazwiskiem podbije z łatwością chiński rynek komiksowy.

Jak to z planami bywa: plany sobie, życie sobie. Tak też było ze Stanem i jego pisarskimi zapędami. Wprawdzie udało mu się napisać książkę, nawet niejedną, jednak była ona o… komiksach i jego pracy przy Marvel Comics. Jego praca w wydawnictwie była bardzo zajmująca, dobrze płatna, ale mocno odtwórcza. Goodman lubił raczej wzorować się na DC Comics i marzyć o bohaterze na miarę Supermana, jednak zachowawczo raczej był idealnym naśladowcą trendów, niż kimś skłonnym do ich wyznaczania. Po latach tworzenia pulpowych czasopism i słabych bohaterów Stan postawił wszystko na jedną kartę i stworzył kogoś, kogo wcześniej nie było: młodego superbohatera, który jest zupełnie normalny, którym mógł być każdy, bo wystarczyło ugryzienie pająka. Pospolita postać, znana z nietuzinkowego poczucia humoru niczym jej protoplasta, bez peleryny, choć nadal w kalesonach, która ma większe kłopoty z umówieniem się na randkę i zatajeniem swojej superbohaterskości przed ciotką, z którą mieszkał niż w walce z wrogami Nowego Jorku – oto cały Spider-Man. Jego postać, tak bliska każdemu nowojorczykowi, każdemu zwykłemu młodemu człowiekowi, stała się ikoną wydawnictwa. I to właściwie trochę na przekór samemu Stanowi, który wprowadzeniem jej właściwie chciał przypieczętować swoje odejście ze świata komiksów.

Jednak i Stan miał swoje wpadki. Stworzył wiele postaci, które minęły bez echa. Założył wytwórnię, która okazała się być piramidą finansową, opierającą się tylko na marce i twarzy Stana Lee. Długo sądził się z wierzycielami, by udowodnić, że sam jest ofiarą kolosalnego przekrętu.

Jak pracuje się po marvelowsku?

Stan współpracował z nie byle kim: Spider-Mana rysował dla niego Jack Kirby, w którym później kłócili się długo na temat wkładu każdego z nich w postać człowieka-pająka, Billem Everettem, rysownikiem Daredevila czy Steve’m Ditko, rysownikiem Dokktora Strange. To, co odróżniało jego pracę z rysownikami, było precedensem: Stan pozwalał im właściwie na dowolne ukazanie postaci. Często przekazywał tylko co ma być na końcu i na początku, pozostawiając im wolną rękę. Dzięki temu tempo w wydawnictwie mogło być bardzo szybkie – Stan nie musiał każdej strony przepracowywać z rysownikami, a skupiał się tylko na scenariuszu i ewentualnych poprawkach. A tempo było tak szybkie, że zdarzało się, że Spider-Man był mylnie nazywany Spidermanem.

Nie tylko sposób pracy z rysownikami, zwany dziś marvelowskim, był nowatorski. Dziś to norma, ale w czasie pracy Stana w Tomley Comics jedynym sposobem na zbadanie zdania czytelników były sporadyczne ankiety popularności oraz kwartalne i roczne wyniki sprzedaży. Stan zmienił to i wprowadził na końcu każdego numeru kilka dodatkowych tron, na których nie tylko zdradzał co się dzieje w wydawnictwie od kuchni, ale także odpowiadał na listy czytelników. Dzięki temu stał się głosem całego wydawnictwa. Czytelnicy mogli go także spotkać na konwentach komiksowych czy później w filmach – zarówno z bohaterami Marvela, jak i ważnych serialach (Simsonowie, Teoria wielkiego podrywu). Regularne pojawianie się w kinie dodawało smaczku szczególnie wiernym czytelnikom jego komiksów, którzy czekali w zapartym tchem właśnie na scenę pojawienia się Stana na ekranie.

Stan często balansował na skraju cenzury. Wprawdzie przez nagonkę na komiksy, którą rozpętał Werthman publikacją o szkodliwości czytanych komiksów na zachowanie młodych Amerykanów, rynek komiksowy dość mocno oberwał, jednak pozwoliło to mu dojrzeć, co chytrze wykorzystał Stan Lee. Teraz bohaterowie mieli nie tylko tłuc się po mordach, a kobiety odsłaniać wdzięki i wzdychać. Komiks miał też uczyć i to właśnie Stan jako pierwszy wbrew przyjętym zasadom ujął elementy edukacyjne w komiksie. W jednym z numerów Spider-Mana pojawia się jego przyjaciel, który uzależniony jest od narkotyków. Choć organizacja Comics Code Authority sprzeciwiła się publikacji tego numeru, to udało się go wydać i to pod patronatem Amerykańskiego Departamentu Zdrowia, Nauki oraz Opieki. Stan także jako pierwszy wprowadził czarnoskórego bohatera, Czarną Panterę oraz wielu, wielu bohaterów będących Indianami (szczególnie z plemienia Nawahów i Apache).

Ciekawostka

Stan był wieloletnim przyjacielem Hugo Hefnera, twórcę Playboy’a. Być może to skłoniło go do napisania scenariusza do serialu animowanego Striperella, który opowiada o bohaterce, w którą wciela się sama Pamela Anderson: striptizerce przed północą i superbohaterce po północy. W filmie aktorskim Iron Man z 2008 roku Lee wcielił się w samego Hefa, ubierając charakterystyczny dla Hugo szlafrok i otoczony pięknymi kobietami. Warto dodać, że wydawnictwo, w którym pracował Lee także miało pod swoimi skrzydłami podobne czasopisma dla mężczyzn jak Stag, a sam Hefner namawiał Stana, by ten pracował z nim w Playboy’u

Cytaty

Piszemy nonsensy… Straszliwe bzdury (…) Chcę odejść. Po tych latach stoję w miejscu. Dorosłemu człowiekowi ta durna branża nie przystoi.

Pozornie Goodman miał proste dyrektywy: jak najszybciej przerzucać tony papieru. Choć od zawsze lubił dobre historie o kowbojach i przejawiał zainteresowanie science fiction, to by było a tyle, jeśli chodziło o jego rozumienie złożoności zagadnień związanych z magazynami i komiksami. Dla niego były to jedynie produkty, które należało rozprowadzić i sprzedać.

Próbowaliśmy pisać i rysować możliwie jak najlepiej, jak potrafiliśmy, żeby dodawać do komiksów nowe konteksty… Cała filozofia polegała na traktowaniu ich niczym bajki dla dorosłych, takich, które sami chcielibyśmy przeczytać.

Jako ktoś tak głęboko zanurzony w historię komiksu i popkultury, a także twórca zupełnie nowej wrażliwości narracyjnej, Lee doskonale zdawał sobie sprawę z wagi przeszłości. Tyle, że nie uważał nostalgii za coś pożytecznego i użytecznego.

Spider-Man to ktoś więcej niż bohater komiksu. (…) To stan umysłu. Symbolizuje nasze skrywane marzenia, lęki i frustracje, które nękają nas wszystkich. Bo każdy ma jakieś sny na jawie, kiedy jest silniejszy, zwinniejszy i odważniejszy, niż kiedykolwiek mógłby być. Ale dla Spider-Mana podobne marzenia stały się rzeczywistością.

Podsumowanie

Czytając biografię tego genialnego twórcy nieszablonowych postaci nie mogłam oprzeć się wrażeniu jak wielkie piętno wywarło na nim dzieciństwo w dobie Wielkiego Kryzysu. Czy gdyby był wolny od zahamowań i strachu przed utrata pracy, jego poczet bohaterów byłby jeszcze większy? A może tylko dzięki tym przeżyciom na tyle długo utrzymał się w wydawnictwie komiksowym, że mógł wygenerować tylu superbohaterów? Niemniej warto przeczytać tą biografię, by poznać nie tylko samego Stana, ale także całe środowisko związane z rynkiem komiksowym na przestrzeni ostatnich 80 lat.

Wydawnictwo SQN
Na szybko
  • 7/10
    Fabuła - 7/10
  • 9/10
    Bohaterowie - 9/10
  • 8.5/10
    Szczegółowość - 8.5/10
8.2/10

Moni zdaniem:

Wyczerpująca biografia jednego z największych scenarzystów świata komiksowego – Stana Lee. Biografia nie tylko opowiadająca o sukcesach, ale także porażkach i wątpliwościach, jakie miewał twórca Spider-Mana. Biografia, która w Polsce ukazała się dokładnie trzy dni po śmierci Lee.