Młodość rządzi się swoimi prawami. W końcu kiedyś trzeba wszystko robić pierwszy raz: zakochać się, zarabiać na własne utrzymanie, chodzić na randki, łapać stopa, mieszkać poza domem, stracić głos z powodu zapalenia krtani, iść na pogrzeb sąsiada. Młodym wszystkie takie wyskoki uchodzą na sucho nawet, jeśli nie bardzo się z nich uczą. Zupełnie jak Esther, Daisy i Susan z Giant days.

Bohaterowie

Daisy wydaje się być najbardziej oderwana od rzeczywistości i najbardziej stąpająca po ziemi zarazem. Czekaj… a można tak? Można! Dziewczyna uczyła się w domu, więc teoretycznie wie o socjalizacji nie to co dzieci szkolne, ale była też skautką, więc praca grupowa i kierowanie ludźmi to dla niej pestka. Potrafi w trudnych sytuacjach trzymać nerwy na wodzy, za to emocji, zwłaszcza zakochania, kompletnie nie potrafi opanować. A akurat tak się złożyło, że nie do końca zdaje sobie sprawę czy woli kochać chłopców czy dziewczynki i czy będą one takie grzeczne jak ona czy szalone jak np. Ingrid z niemieckiej wymiany studenckiej. By sprawdzić swoją orientację całowała się nawet z Edem.

Fabuła

Tym razem bohaterki opuszczają miasteczko akademickie, by wynająć własny kąt. Już poszukiwanie i meblowanie lokum było trudne, teraz czas na mieszkanie w nim. I tu pojawiają się pierwsze problemy: z czego zapłacić za czynsz, czy możemy przyjmować gości na noc, kto będzie sprzątał, gotował czy robił wspólne zakupy. Sama dobrze pamiętam, że z powodu niedomówień kto ma kupić cukier ja i moje współlokatorki wolałyśmy przejść na herbatę bez słodziwa niż przyznać się kto miał jako kolejny ten kilogram białej śmierci kupić. Nawet się opłacał upór – nie słodzę do dziś!

Ale wróćmy do naszych Brytyjek, bo mają więcej problemów niż kilo cukru. Oto ich mieszkanie zostaje okradzione, w sąsiedztwie mieszka po jednej stronie były Susan, a po drugiej gburowaty staruszek, Esther, oderwana od kasy rodziców, musi w trybie pilnym znaleźć w miarę dobrze płatną pracę, a Daisy zakochuje się w mocno energetycznej pierwszorocznej. I jak tu wydorośleć, jak nie ma na to czasu?

Kreska

Tym razem za oprawę graficzną odpowiada w Max Sarin i Liz Fleming, przedstawiając czysto komiksową kreskę. Mamy tu więc dynamiczne pozy, wyrazistą mimikę. Bardzo podkreśla to charakter postaci i jeszcze bardziej pomaga w osiągnięciu komediowego charakteru szóstego tomu Giant days.

Ciekawostka

Rodzice Daisy pracowali jako Lekarze Bez Granic (MSF). Jest to międzynarodowa organizacja pozarządowa utworzona w 1971 przez grupę francuskich lekarzy. Jej głównym celem jest docieranie z pomocą medyczną nawet do miejsc, z których ewakuuje się ze względów bezpieczeństwa Czerwony Krzyż czy Czerwony Półksiężyc, bo prawo do opieki medycznej jest ważniejsze niż granice państwowe. MSF dostarcza opieki medycznej zarówno w przypadkach nagłych (działania zbrojne, epidemie), jak i w przypadku endemii chorób takich jak malaria. W skład tej organizacji wchodzą wolontariusze oraz stali pracownicy. Jest laureatką Pokojowej Nagrodę Nobla z 1999.

Podsumowanie

Gdyby nie potężna dawka humoru można by rzec, że tom 6 Giant days jest poważny. W końcu zahacza o takie tematy jak śmierć czy LGBT. Jednak nie dajmy się zwieść: to nadal ten sam wesoły komiks o perypetiach trzech studentek i dwóch studentów. Tyle że lekko wkraczających już w dorosłość.

Pozostałe recenzje serii Giant days: Królowe dramy [tom 1], Obudźcie mnie, jak będzie po wszystkim [tom 2], Bycie miłą nic nie kosztuje [tom 3], Przepraszam, że cię zawiodłam [tom 4], Jak nie teraz, to kiedy? [tom 5]


Na szybko:

Giant days to komiks mądry, uroczy, ciepły, przezabawny, dynamiczny i po przeznaczony dla każdego. No może poza najmłodszymi, bo jednak słownictwo czy kontekst nie zawsze będą dla nich zrozumiałe. Tom 6 skupia się na niewinnej Daisy, która zakochuje się w koleżance z młodszego roku.

Moni zdaniem:

Fabuła: 8/10
Kreska: 8/10
Bohaterowie: 9/10