Kie­dy się­gnę­łam na pół­kę z komik­sa­mi po Fun­ky Kova­la i prze­wer­to­wa­łam go to w myślach stwier­dzi­łam tyl­ko: czy to będzie petar­da, czy zno­wu prze­ja­dę się sądząc książ­kę po okład­ce? To nie była petar­da. To były naj­lep­sze fajer­wer­ki! Te rysun­ki i histo­ria niczym z naj­lep­szych sci-fi komik­sów ame­ry­kań­skich, te pomy­sły aż dech zapie­ra­ło. Tego nie moż­na prze­ga­pić.

Bohaterowie

Głów­nym boha­te­rem jest tytu­ło­wy Fun­ky Koval, kosmicz­ny detek­tyw pry­wat­nej agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej Uni­verss. Gdy­by żył w cza­sach Dzi­kie­go Zacho­du pew­nie był­by naj­bar­dziej sku­tecz­nym i awan­tur­ni­czym cichym spra­wie­dli­wym na swo­im gnia­dym koniu. Jed­nak jak na czło­wie­ka przy­szło­ści przy­sta­ło jest pilo­tem lata­ją­cych futu­ry­stycz­nych maszyn i tro­pi mię­dzy­pla­ne­tar­ne afe­ry poli­tycz­ne. To sma­kosz kobiet, choć moc­no zadu­rzo­ny w pięk­nej Bren­dzie, któ­ra mu part­ne­ru­je. Z resz­tą Bren­da nie jest bez­wol­nym kocia­kiem w obci­słych lat­ke­so­wych ciusz­kach, a cał­kiem spraw­ną panią detek­tyw. Fun­ky to wiel­ki awan­tur­nik i moż­na na nim pole­gać niczym na Zawi­szy Czar­nym. Do tego ma swo­je rycer­skie zasa­dy i nie kru­szy kopi o byle co. Potra­fi zjed­ny­wać sobie ludzi lub zabi­jać, czy­li ogól­nie dąży do tego, by mieć samych przy­ja­ciół, choć w dość kon­tro­wer­syj­ny spo­sób. Bez­względ­ny, choć sym­pa­tycz­ny Koval z szel­mow­skim uśmie­chem na twa­rzy paku­je się w kolej­ne kło­po­ty, tak­że natu­ry ero­tycz­nej, gdyż za jego mun­du­rem uga­nia­ją się wszyst­kie pan­ny we wszech­świe­cie.

Fabuła

Komiks powsta­wał w odcin­kach na łamach Fan­ta­sty­ki i Nowej Fan­ta­sty­ki, dla­te­go auto­rzy sta­ra­li się przed­sta­wić w każ­dym jak naj­wię­cej. Począt­ko­wo nie miał być też tak roz­bu­do­wa­ny, stąd pierw­sze stro­ny ata­ku­ją od razu fak­ta­mi, akcją i pro­ble­ma­mi, nad któ­ry­mi spo­koj­nie moż­na by deba­to­wać dłu­żej. Fun­ky od razu sta­je się detek­ty­wem i wikła się w intry­gę już po kil­ku kadrach. Cały pierw­szy tom jest wła­śnie takim skon­den­so­wa­nym komik­sem, by w kolej­nych dwóch spo­koj­nie wyja­śnić całą sytu­ację. Ostat­nia część powsta­ła już bez udzia­łu Jac­ka Rod­ka i znacz­nie róż­ni się od pozo­sta­łych. Jest to mimo spad­ku for­my kawał zna­ko­mi­te­go komik­su, peł­ne­go odnie­sień do cza­sów, w jakich powsta­wał: mani­pu­la­cja media­mi, wła­dza w rękach jed­nej par­tii. Aż dziw bie­rze, że tych smacz­ków nie wyła­pa­li cen­zo­rzy, ale, jak przy­zna­ją auto­rzy w zamiesz­czo­nych mate­ria­łach dodat­ko­wych, są to ludzie, któ­rzy komik­sy tyl­ko czy­ta­ją, a nie oglą­da­ją.

Bez oddechu i Sam przeciw wszystkim

Pierw­sze dwa albu­my, czy­li Bez odde­chu i Sam prze­ciw wszyst­kim, to dzie­ło kom­plet­ne. I wła­śnie te dwie czę­ści są naj­lep­sze z całe­go wyda­nia zbior­cze­go. Pocią­ga ta eks­tre­mal­nie dyna­micz­na fabu­ła, któ­ra nie pozwa­la odło­żyć książ­ki na pół­kę aż się nie skoń­czy roz­dzia­łu. To w nich Koval eks­pre­so­wo zdo­by­wa licen­cję komicz­ne­go detek­ty­wa Agen­cji Uni­verss, odbi­ja prze­pięk­ną Miss Uni­wer­sum 2082 z rąk groź­nej sek­ty Tem­po­ryt­sów, roz­pra­co­wu­je rzu­tu­ją­cą na przy­szłość całe­go glo­bu intry­gę kosmicz­nej rasy drol­li, a nawet wal­czy z samym sobą, kie­ro­wa­ny przez nadaj­nik pod­sy­ca­ją­cy naj­bar­dziej pier­wot­ne instynk­ty Fun­ky­ego. Po takiej akcji powrót na Zie­mię powi­nien być w świe­tle fle­szy i z fan­fa­ra­mi, jed­nak nikt Kova­la i Bren­dy nie wita owa­cja­mi na sto­ją­co. Wręcz prze­ciw­nie – robi się z nich ter­ro­ry­stów, któ­rzy mają wie­le osób na swo­im kon­cie. Koniec koń­ców cała Agen­cja pra­wie zosta­je roz­wią­za­na, a sam Koval sta­je się samot­nym mści­cie­lem, któ­ry chce roz­wią­zać zagad­kę takiej zmia­ny ich pas­sy. Oka­zu­je się, że nie wszyst­kie tajem­ni­ce Stel­lar Fox i Rotha­xa zosta­ły odkry­te i jesz­cze wie­le nie­spo­dzia­nek cze­ka na Kova­la i Bren­dę w świe­cie, w któ­rym nawet poli­cjan­ci są prze­ku­pie­ni i czy­ha­ją na ich gło­wy.

Wbrew sobie

Trze­cia część Fun­ky Kova­la zaczy­na coraz bar­dziej dry­fo­wać na nie­zna­ne wody. Fun­ky dora­bia się wła­sne­go klo­na, któ­ry wyglą­dem nie ustę­pu­je, jed­nak cha­rak­te­rem i uspo­so­bie­niem jest kimś zupeł­nie innym. Podo­bień­stwo jest tak ude­rza­ją­ce, że nawet uko­cha­na Bren­da i Lil­ly dają się zwieść. Nie dzi­wo­ta więc, że pew­nym momen­cie nie wie­my co tak napraw­dę się dzie­je, któ­ry z nich jest przed naszy­mi oczy­ma. Nie bez koze­ry zatem ta część nazy­wa się Wbrew sobie.

Wrogie przejęcie

Ostat­ni roz­dział, już bez udzia­łu Rod­ka, wypły­nął już na sze­ro­kie wody abs­trak­cji. Fun­ky zaczy­na wal­czyć nie tyl­ko w świe­cie real­nym, ale tak­że w wymy­ślo­nym przez drol­le uni­wer­sum, a nawet w umy­słach innych. To świat, któ­ry dzie­je się kil­ka lat po zda­rze­niach trze­ciej czę­ści i napraw­dę wie­le się tu zmie­ni­ło. Tak­że boha­te­ro­wie: Bren­da nie jest już taką pięk­no­ścią, lecz bar­dziej przy­po­mi­na dzi­ką wojow­nicz­kę jakie­goś ple­nie­nia post-apo, a sam Fun­ky coraz mniej przy­po­mi­na zadzior­ne­go przy­stoj­nia­ka na rzecz poważ­ne­go futu­ry­sty. Cało­ści bra­ku­je nie tyl­ko tych smacz­ków lat 80-tych, jakie mie­li­śmy w poprzed­nich czę­ściach (bo czwar­ta część powsta­ła w 2011 roku), ale tak­że akcji i emo­cji jakich dostar­cza­ły. Wro­gie prze­ję­cie dia­me­tral­nie róż­ni się od resz­ty. Czy zapo­wiedź kolej­nej czę­ści nie pocią­gnie serii na dno?

Kreska

Oj, jest tu na czym oko zawie­sić! Te prze­peł­nio­ne deta­la­mi kadry, od któ­rych cięż­ko było wzrok ode­rwać. Te nie­re­al­ne świa­ty wymy­ślo­ne przez obce cywi­li­za­cje. Te zmia­ny w wyglą­dzie posta­ci i sce­ne­riach. Dopeł­nia­ły je licz­ne sce­ny rodza­jo­we, ide­al­nie roz­ry­so­wa­ne w kadrach, któ­rych w komik­sie jest peł­no. Rysun­ki peł­ne deta­li i ukry­tych sym­bo­li oraz świet­nie zapro­jek­to­wa­ne plan­sze wypeł­nio­ne fan­ta­stycz­ny­mi pro­jek­ta­mi samo­lo­tów, stat­ków kosmicz­nych, odle­głych świa­tów czy zwy­czaj­nych uni­for­mów, potra­fią przy­kuć wzrok na dłu­gie chwi­le. Sce­ny wal­ki są napraw­dę dobre i po nich chy­ba naj­bar­dziej widać kunszt rysow­ni­czy Polcha. Takiej kre­ski chce się wię­cej!

 

Nic mi tak w życiu nie wyszło jak wło­sy i Fun­ky Koval”, żar­tu­je Parow­ski.

Podsumowanie

Cudow­ny komiks z rysun­ka­mi Bogu­sła­wa Polcha do sce­na­riu­sza Macie­ja Parow­skie­go i Jac­ka Rod­ka. Masa pol­skich smacz­ków, któ­re wyła­pu­je się dopie­ro za dru­gim razem jak posta­cie poli­tycz­ne, książ­ki Lema na pół­kach czy kul­to­we tek­sty. Jed­na z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych opo­wie­ści w histo­rii pol­skie­go komik­su. Po Fun­ky Kova­la moż­na się­gnąć z sen­ty­men­tu, z pobu­dek kolek­cjo­ner­skich czy nawet cie­ka­wo­ści ale w szcze­gól­no­ści nale­ży się z nim zapo­znać dla epic­kiej, kosmicz­nej przy­go­dy, któ­ra nadal dostar­cza przed­niej roz­ryw­ki i raczej nigdy się nie zesta­rze­je. Bo Fun­ky jest jak Lenin – nigdy się nie zesta­rze­je.

Na szybko
  • 9/10
    Fabu­ła — 9/10
  • 9/10
    Kre­ska — 9/10
  • 10/10
    Boha­te­ro­wie — 10/10
  • 4/10
    Licz­ba tomów — 4/10
9/10

Moni zda­niem:

Jed­na z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych opo­wie­ści w histo­rii pol­skie­go komik­su. Super kre­ska, wcią­ga­ją­ca histo­ria, od któ­rej nie moż­na się ode­rwać. Mnó­stwo smacz­ków, któ­re ucie­kły PRLow­skim cen­zo­rom. Komiks sta­ry jak ja, a jed­nak nadal aktu­al­ny.