Morze po kola­na to nie jest zwy­kły komiks. Sami auto­rzy, czy­li Mar­ci­ny Koło­dziej­czyk odpo­wie­dzial­ny za sce­na­riusz i Podo­lec, zaj­mu­ją­cy się rysun­kiem, raczej widzą w nim repor­taż w for­mie komik­su, niż typo­wą fik­cję lite­rac­ką w for­mie obraz­ków z tek­stem w dym­kach. Bo Morze po kola­na to naj­praw­dziw­szy obraz codzien­no­ści widzia­ny oczy­ma sta­łych bywal­ców puste­go przy­stan­ku auto­bu­so­we­go na pobo­czu dro­gi w jakimś małym nad­mor­skim wygwiz­do­wie.

Bohaterowie

Było ich trzech. Trzech wspa­nia­łych? Nie­ko­niecz­nie i chy­ba nigdy żaden z nich wspa­nia­ły nie był. Złą­cze­ni są tyl­ko tym miej­scem, któ­re nie zmie­nia się tak jak nie zmie­ni­li się oni: Szczu­rek, Gumo­wy i Marian, któ­ry jest zara­zem nar­ra­to­rem. Zacznij­my od Maria­na. To przy­ja­ciel Ryś­ka, wła­ści­cie­la cam­pin­gu, Baru “Strze­cha” i Pen­sjo­na­tu “Vero­na”, któ­re­mu chy­ba jako jedy­ne­mu coś się w życiu uda­ło. To on jest głów­nym pra­co­daw­cą całej miej­sco­wo­ści i u nie­go też pra­cu­je Marian. Głów­nie zaj­mu­je się pil­no­wa­niem i kaso­wa­niem tury­stów na polu namio­to­wym, a poza sezo­nem tyl­ko pil­no­wa­niem. Oczy­wi­ście jeśli nie jest w pija­ny. Ach, prze­pra­szam: jeśli nie upięk­sza sta­nu rze­czy­wi­ste­go. Może Marian i wyglą­da na pospo­li­te­go pijacz­ka, ale ten zre­zy­gno­wa­ny były stu­dent polo­ni­sty­ki, któ­rej nigdy nie ukoń­czył, to raczej taki wio­sko­wy Sene­ka.

Szczu­rek też ma cie­ka­wą histo­rię do opo­wie­dze­nia. Dość pecho­wą, bo zaczy­na się źle i koń­czy nie naj­le­piej. Pocho­dzi z pato­lo­gicz­nej rodzi­ny, w któ­rej ojciec zaj­mu­je się lecze­niem kaca, a mat­ka smęt­nym sie­dze­niem przy kuchen­nym bla­cie. Jak wie­lu wyemi­gro­wał, by skoń­czyć jako kie­szon­ko­wiec i ojciec małe­go Bra­jan­ka. Może i chciał stwo­rzyć z jego mat­ką, San­drą, jakąś nor­mal­ną naj­mniej­szą komór­kę spo­łecz­ną w jej rodzin­nym San­do­mie­rzu, ale był za cien­ki. Szcze­gól­nie cien­ki oka­zał się we wku­py­wa­niu w łaski bra­ta San­dry. Kie­dy skoń­czy­ły się ojro, skoń­czy­ła się i miłość do ewen­tu­al­ne­go szwa­gra i wiel­ka szczę­śli­wa rodzi­na. Szczu­rek szu­kał jesz­cze szczę­ścia w War­sza­wie, ale poli­cja wybi­ła mu jego pomy­sły z gło­wy. W koń­cu wró­cił, by sie­dzieć na przy­stan­ku i popi­jać piwo jak Marian czy Gumo­wy.

A wła­śnie, Gumo­wy. Gumo­wy chy­ba z nich jest naj­star­szy. I do tego ren­ci­sta, bo uległ wypad­ko­wi w pra­cy. Być może przez to jego żona, Ewe­li­na, nie sza­no­wa­ła go wca­le. Tak samo jak jej rodzi­na, któ­ra doło­ży­ła się do otwar­cia zakła­du wul­ka­ni­za­cji, w któ­rym pra­co­wał razem ze swo­im poma­gie­rem. Gumo­wy kochał Ewe­li­nę, jej sto­py i przy­my­kał nawet oko na jej „szko­le­nia”, kole­żan­ki ze sto­li­cy, roz­ła­do­wa­ną wiecz­nie komór­kę czy wresz­cie pro­fe­sję. Sza­lał z rado­ści na wieść o jej cią­ży, bo bar­dzo, ale to bar­dzo chciał mieć dziec­ko. Nawet płeć była mu obo­jęt­na. Ale ona nie podzie­la­ła jego rado­ści, prze­szka­dza­ło jej to, że Gumo­wy woli grze­bać w samo­cho­dzie niż czy­tać pra­sę czy cho­dzić do kina. Wypa­dek i pro­ble­my w mał­żeń­stwie powo­do­wa­ły sta­ny depre­syj­ne u Gumo­we­go, któ­re zawsze koń­czy­ły się dłu­gi­mi spa­ce­ra­mi na toro­wi­sko.

Takich Szczur­ków, Gumo­wych i Maria­nów znaj­dzie­my w Pol­sce B. na pęcz­ki: pod skle­pa­mi, w par­kach czy zapo­mnia­nych wia­tach auto­bu­so­wych. I może to jest wła­śnie naj­smut­niej­sze.

Fabuła

Jak na repor­taż przy­sta­ło jest to histo­ria trzech pijacz­ków wiecz­nie oku­pu­ją­cych zapo­mnia­ny przez świat przy­sta­nek auto­bu­so­wy gdzieś w nad­mor­skiej miej­sco­wo­ści. Nie obcho­dzi ich podzi­wia­ny przez tury­stów widok roz­po­ście­ra­ją­cy się za przy­stan­kiem czy chęć zmian. Każ­dy ich krok w życiu pro­wa­dził w jesz­cze więk­sze bagno i oni dokład­nie zda­ją sobie z tego spra­wę. Choć pró­bu­ją uło­żyć sobie życie, zało­żyć rodzi­nę, wyszko­lić się czy zaro­bić na sak­sach, wszyst­ko na nic. Na szczę­ście, albo i nie­szczę­ście, zawsze cze­ka na nich przy­sta­nek i przy­stan­ko­wi kum­ple. Co będzie w następ­nym sezo­nie tury­stycz­nym? Czy na pole namio­to­we wró­ci Hawa­na? A może Gumo­wy wresz­cie skoń­czy to, co tyle razy zaczy­nał?

Kreska

Morze po kola­na to z pew­no­ścią naj­bar­dziej kolo­ro­wy w dorob­ku Mar­ci­na Podol­ca. Tro­chę spra­ne, smęt­ne kolo­ry jesz­cze bar­dziej potę­gu­ją marazm pose­zo­no­wy w małym mia­stecz­ku tury­stycz­nym. Jedy­nie retro­spek­cje są czar­no-bia­łe. Tak­że ostat­ni roz­dział, będą­cy niczym epi­log, cał­ko­wi­cie róż­ni się od poprzed­nich: tu domi­nu­je zie­leń. Czyż­by kolor nadziei?

Ciekawostka

Morze po kola­na zawie­ra wąt­ki z dwóch jego Mar­ci­na Koło­dziej­czy­ka, świet­ne­go repor­ta­ży­sty: Bar­dzo mar­twy sezon. Repor­ta­że naocz­ne i B. Opo­wie­ści z pla­ne­ty pro­win­cja. Oby­dwa to fak­tycz­ne opo­wie­ści miesz­kań­ców miej­sco­wo­ści Pol­ski B. W Morzu po kola­na są spryt­nie ze sobą połą­czo­ne, two­rząc napraw­dę przy­zwo­itą histo­rię.

Podsumowanie

Morze po kola­na to z pozo­ru bła­he pery­pe­tie naj­bar­dziej prze­cięt­nych z prze­cięt­nych miesz­kań­ców jed­nej z małych nad­mor­skich mie­ścin w trak­cie mar­twe­go sezo­nu. Nie dla nich są jasne stro­ny życia, unij­ne dopła­ty, zie­leń wio­sen­nej przy­ro­dy czy fan­ta­stycz­ny widok na morze. Oni mają już tyl­ko ten sta­ry przy­sta­nek i spraw­dza­nie czy auto­bu­sy się nie spóź­nia­ją, nie widząc nic poza smęt­nym życiem ubar­wio­nym od cza­su do cza­su piwem mar­ki Dusz­ne.

Na szybko
  • 9/10
    Fabu­ła — 9/10
  • 8/10
    Kre­ska — 8/10
  • 8/10
    Boha­te­ro­wie — 8/10
  • 1/10
    Licz­ba tomów — 1/10
6.5/10

Moni zda­niem:

To nie jest histo­ria o wodzie czy ryba­kach. To repor­taż w for­mie komik­su opi­su­ją­cy smęt­ne życie ludzi, któ­rzy raczej prze­gra­li  życie i jeśli nawet pró­bu­ją coś zmie­nić, to rzu­ca­ją się jak flą­dra w sie­ci. Real­ny, brud­ny, życio­wy.