Nigdy nie rób­cie tego co ja: nie oglą­daj­cie naj­pierw ani­me, by póź­niej zabrać się za man­gę, na pod­sta­wie któ­rej powsta­ła. To tak jak z jed­nym z naj­bar­dziej kaso­wych fil­mów, Tita­ni­kiem: niby cze­kasz na cie­ka­we wąt­ki, ale i tak wiesz, że sta­tek pój­dzie na dno, więc poło­wa zdzi­wie­nia fabu­łą Cię omi­ja. Być może dla­te­go czy­ta­jąc pierw­szy tom Tokyo Gho­ul nie byłam bar­dzo entu­zja­stycz­na. A szko­da, bo wie­dza o dal­szych losach boha­te­rów zabra­ła mi dużo rado­ści, któ­rą z pew­no­ścią mia­ła­bym z tak dobre­go tytu­łu.

Bohater

Kane­ki Ken to zwy­czaj­ny stu­dent. No może nie taki zwy­czaj­ny, bo stu­den­ci lubią zaba­wę, a Ken to raczej zaszył­by się gdzieś w biblio­te­ce z książ­ką i zata­piał w świe­cie fik­cji lite­rac­kiej. Ewen­tu­al­nie poga­dał­by tro­chę z przy­ja­cie­lem, zupeł­nie odmien­nym od nie­go Hide. Jak na lek­kie­go out­si­de­ra przy­sta­ło Kane­ki pod­ko­chu­je się w dziew­czy­nie, któ­rą czę­sto spo­ty­ka w ulu­bio­nej kawiar­ni. Pla­to­nicz­na miłość i prze­lot­ne spoj­rze­nia to jedy­ne, na co go stać.

Kie­dy jed­nak uda­je się poroz­ma­wiać z dziew­czy­ną, jego życie nabie­ra kolo­rów. Ken jed­nak jest ide­al­ną par­tią na bycie ofia­rą – i sta­je się nią. Zosta­je znie­nac­ka zaata­ko­wa­ny przez jed­ne­go z tokij­skich gho­uli. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści uda­je się mu jed­nak prze­żyć. Zdep­ta­ne marze­nia o ide­al­nej dziew­czy­nie, z któ­rą miał tyle wspól­nych cech jak np. ta sama ulu­bio­na autor­ka powie­ści czy kawiar­nia oraz hospi­ta­li­za­cja po spo­rych obra­że­niach doko­na­nych tego wie­czo­ra powo­du­ją, że Ken jest bar­dzo przy­bi­ty i bla­dy. Jego życie wisia­ło na wło­sku, więc była potrzeb­na ope­ra­cja z prze­szcze­pem orga­nów, po któ­rej zaczy­na odczu­wać nie­przy­jem­ne skut­ki: brak ape­ty­tu, halu­cy­na­cje i uro­je­nia. Zaczy­na zamy­kać się coraz bar­dziej nie tyl­ko w sobie, ale i w swo­im miesz­ka­niu, by odciąć od świa­ta zewnętrz­ne­go. Każ­da pró­ba zmia­ny swo­je­go poło­że­nia koń­czy się jesz­cze więk­szym wdep­nię­ciem w bagno. Czy Kane­ki w koń­cu prze­sta­nie być ofia­rą losu? I kim on wła­ści­wie się stał po spo­tka­niu z Rize?

Fabuła

Seria mor­derstw w Tokyo roz­grze­wa media do czer­wo­no­ści. Wszy­scy trą­bią o tajem­ni­czych gho­ulach, któ­rzy poże­ra­ją ludzi. Wyglą­da­ją zupeł­nie jak ludzie, jed­nak są nad­ludz­ko sil­ni. Ich siłą jest więk­sza ilość sub­stan­cji RC w krwi, z któ­rej pomo­cą mogą one posłu­gi­wać się dodat­ko­wym śmier­cio­no­śnym, czę­sto zmien­no­kształt­nym odnó­żem lub pan­ce­rzem (zależ­nie od rodza­ju) zwa­nym kagu­ne. Ale życie toczy się dalej i nawet w cięż­kich cza­sach roz­kwi­ta miłość. Tak przy­naj­mniej wyda­je się zauro­czo­ne­mu pięk­ną i tajem­ni­czą nie­zna­jo­mą Kane­kie­mu. Przy­pad­ko­wo uda­je mu się namó­wić ją na wspól­ne spę­dze­nie wie­czo­ru w księ­gar­ni. Pod­czas odpro­wa­dza­nia dziew­czy­ny do domu zamiast cału­sa na do widze­nia Kane­ki otrzy­mu­je nagle cios gho­ulo­wym kagu­ne pro­sto w bebe­chy. Budzi się dopie­ro po ope­ra­cji prze­szcze­pu orga­nów od daw­cy, któ­re­go rodzi­ny nie spy­ta­no się nawet o zda­nie w tym tema­cie.

Po wypad­ku Kane­ki dłu­go nie może dojść do sie­bie. Nie może jeść, jest coraz bar­dziej roz­tar­gnio­ny i co rusz wpa­da na kolej­ne ghu­le, z któ­ry­mi czę­sto przyj­dzie mu wal­czyć. Nie­do­świad­czo­ny w potycz­kach i roz­mi­ło­wa­ny w pacy­fi­zmie chło­pak dosta­je man­to za każ­dym razem. Kie­dy sytu­acja wyda­je się bez­na­dziej­na, a on prze­sta­je kon­tro­lo­wać swo­je emo­cje, zda­rza się cud. Oka­zu­je się, że nie tyl­ko Hide, kole­ga jesz­cze z cza­sów szkol­nych, jest jego przy­ja­cie­lem.

Ciekawostka

Potwo­ry zwa­ne ghu­la­mi pierw­szy raz poja­wi­ły się w tra­dy­cji arab­skiej i per­skiej. Według nich to isto­ty pustyn­ne, demo­ny podob­ne do dżi­nów, któ­re poże­ra­ją zwa­bio­nych przez sie­bie i zabi­tych ludzi lub pene­tru­ją gro­bow­ce w celu kon­sump­cji zwłok. Same ghu­le powsta­ły zaś z anio­łów, któ­re zbun­to­wa­ły się prze­ciw­ko Bogu i zosta­ły za karę pora­żo­ne spa­da­ją­cy­mi gwiaz­da­mi. Część potę­pień­ców spło­nę­ła, część wpa­dła do wody i zamie­ni­ła się w kro­ko­dy­le. Te, któ­re tra­fi­ły na ląd, sta­ły się wła­śnie ghu­la­mi. Tokij­skie gho­ule róż­nią się od swo­ich arab­skich pier­wo­wzo­rów: wca­le nie wyglą­da­ją jak tru­po­ja­dy, wiedź­my czy hie­ny, choć tak samo poże­ra­ją zwło­ki.

Kreska

Tokyo Gho­ul to debiut Sui Ishi­dy. Bar­dzo uty­tu­ło­wa­ny debiut, któ­ry dodat­ko­wo docze­kał się ekra­ni­za­cji. Być może dla­te­go nie ma on jakiejś cha­rak­te­ry­stycz­nej kre­ski. Jed­nak jest dobrze nary­so­wa­ny, a sce­ny wal­ki gho­uli z Kenem czy inny­mi gho­ula­mi to już praw­dzi­we mistrzo­stwo. Owszem, na rysun­kach widać zde­cy­do­wa­nie gład­sze linie niż w więk­szo­ści sho­ne­nów. Być może dla­te­go nie każ­de­mu podo­ba się taki zabieg w bitew­nia­ku.

Podsumowanie

Pierw­szy tom Tokyo Gho­ula to moc­ny krok na począt­ku książ­ki, by spo­wol­nić tem­po aż do ostat­niej stro­ny. Jed­nak tak pro­wa­dzo­na histo­ria, z licz­ny­mi zwro­ta­mi akcji i spo­koj­nym, zakoń­cze­niem może być począt­kiem bar­dzo cie­ka­wej histo­rii. Bar­dzo dobra pozy­cja dla wszyst­kich lubią­cych wido­wi­sko­we wal­ki czy tajem­ni­czą histo­rię z moca­mi nad­przy­ro­dzo­ny­mi.

Pozo­sta­łe recen­zje serii Tokyo Gho­ul:

 

Na szybko
  • 8/10
    Fabu­ła — 8/10
  • 8/10
    Kre­ska — 8/10
  • 8/10
    Boha­te­ro­wie — 8/10
8/10

Moni zda­niem:

Nie dzi­wo­ta, że taki debiut jest uzna­wa­ny za wybit­ny. Cie­ka­wa histo­ria, szczyp­ta miło­ści, bru­tal­ne i reali­stycz­ne wal­ki, a do tego nie­ist­nie­ją­cy kani­ba­li­stycz­ny gatu­nek człe­ko­po­dob­ny. Czy moż­na być czę­ścią świa­ta ludzi i świa­ta gho­uli?